Od pewnego czasu oddaję się doglądaniu biznesów w urokliwym, mazurskim zakątku Polski. Pod opieką mam tu dwa koniki, pełną siostrę i mamusię mojej Nornicy. Ścielę, karmię, wypuszczam na pastwisko, a potem zapraszam do stajni.
Oprócz tego prowadzę naukę jazdy konnej na Wiedźmach. Od wyprowadzania z boksu, poprze czyszczenie, po jazdę i wykłady na temat zachowań i podstaw pracy z koniem.Zabawa jest przednia, bo musimy się tak szkolić by nie dać się zmoczyć deszczom i zwykle nam się to udaje. Wyjątkiem był wczorajszy dzień, gdy po osiodłaniu koni musieliśmy się ewakuować do stajni bo lunęło. I lało do wieczora niemal bez przerwy.
Za chwilkę kolejne zajęcia. Dzisiaj nauka kłusa anglezowanego więc będzie ciężko, ale Fabia którą dziś będzie koniem szkoleniowym bardzo dzielnie się sprawuje i mam nadzieję, że dziś będzie trzymać poziom.
Nora została sobie sama, ale jak wrócę to znowu biorę ją w obroty. Od października będzie też miała współdzierżawcę i dużo regularnych jazd. I dobrze jej tak!
Dzisiaj konica ma spokój. Odpoczywa bo upał koszmarny i nie miałam sumienia męczyć ani jej ani siebie. Także dziś kilka słów o Norce.
Jak wspomniałam to koń polski gorącokrwisty szlachetnej półkrwi. Gdy ją zobaczyłam pierwszy raz nie wyglądała ani szlachetnie ani gorącokrwiście. Powiedziałabym że zimnokrwiście i opasowo. Nikt na niej nie jeździł bo była szalona. Jako, że właściciele nie bardzo byli w stanie sobie z nią poradzić, toteż ją zaźrebili. Źrebaka norkowego pokażę Wam inną razą.
Tak więc Nora chodziła sobie przez ponad 3 lata po pastwiskach i nie widziała przez ten czas ani zgrzebła, ani szczotki ani grzebienia. Prawdopodobnie miała piękną długa grzywę i bujny ogon, ale trudno było to jednoznacznie określić, bo były poupinane finezyjnie w strąki owocami łopianu.Tu i ówdzie sterczały dredy, których spoiwem był brud.
Konica utykała na lewą tylną nogę. Nie było mowy by tą nogę obejrzeć, bo nikt jej nóg nie podnosił latami. Kopała, szarpała się, a życie było mi miłe. Gdy przejęłam opiekę nad końmi, w tym nad Norką, zarządziłam sprowadzenie weterynarza. Teoretycznie banalna sprawa, tyle że weterynarz który urzęduje w okolicy, boi się koni! Załatwiłam więc lokalnego szamana, właściwie to starego rolnika. ten to miał podejście, Norka stała przy nim jak zahipnotyzowana. Po chwili Antek, bo tak miał na imię rolnik, poprosił o denaturat. Najpierw solidnie łyknął, a potem trochę wylał na dłoń i natarł obie tylne pęciny.Od słowa do słowa i okazało się, że w prawa tylną nogę Norce wbił się kawałek ostrego badylka w skórę i wywołał stan zapalny. Konina odciążała prawa tylna nogę i w ten sposób przeciążyła lewy tył, na który dość wyraźnie zaczęła znaczyć. Stan zapalny w prawej tylnej nodze praktycznie sam się zagoił, a to przeciążenie zostało. Więc posmarował obie nogi i kazał to powtórzy przed dwa kolejne dni. I trzy dni później Nornica przestała utykać.I wtedy obudził się w niej temperament. Na zdjęciu poniżej, Nora jeszcze utykająca.
Nora na łąkach mazurskich
Ale wróćmy do Antka.Zapytałam go, ile się nalezy za pomoc. A on że nic, że to drobiazg, ale żeby mu dac na ćwiartkę. A właściwie to na pół litra. Dałam mu dwie dychy, a ten cały szczęśliwy chciał już iść. Zaproponowałam Antkowi jednak herbatę, bo jakoś tak głupio mi było. Antek nie bardzo chciał w ogóle wejść do domu, ale dał się przekonać. Pracownicy, którzy wówczas zajmowali się stajnią i domem byli przeciwni by antek wszedł do domu. Nie przejęłam się tym jednak. Antek nie chciał wejść do jadalni, usiadł w kuchni przy stole. Była jesień, listopad. Chłodno na zewnątrz, a w domu ciepło. Antek zaczął zdejmować z siebie kolejne rzeczy. Kurtkę, kufajkę, jeden sweter, drugi sweter... po chwili już wiedziałam dlaczego tak niechętnie wchodził do domu oraz czemu pracownicy patrzyli na mnie jak na idiotkę. Całą kuchnię a po chwili parter domu wypełnił, co tu dużo mówić, smród! To był horror. Gdy Antek wyszedł był pomysł by spalić krzesło. Nastąpiło oczywiście totalne wietrzenie domu. Po prawie pól godzinie wietrzenie zakończyło się sukcesem.
Następnego dnia Antek przyjechał wozem, żeby zobaczyć jak Nornica i znowu dostać na flaszkę, oprócz tego cieszył się bardzo, bo nie chciał mówić dzień wcześniej tego, ale dzięki nam to on sweter znalazł. Pół roku go szukał, a cały czas na sobie go miał...
Długo myślałam jak to zrobić, żeby napisać to bywało na treningach kiedyś, a jak obecnie. Nie ma jednak co myśleć dłużej tylko trzeba pisać.
Dziś pojechałam do koniny by się oderwać od pracy. Miałam piekielną wenę ale w pewnym momencie już taką gonitwę myśli, że zaczęłam gonić własny ogon, którego nie mam. Wyjazd do stajni okazał się świetnym pomysłem, bardzo uspokoił moje rozedrgane wnętrze.
Koninka stała już zaparkowana w boksie, dałam jej kilka marchewek. Wyprowadzając ją z boksu rzuciło mi się w oczy, to dość długa rana na udzie, około 20 cm poniżej kości biodrowej. Rana jakby zadrasnęła się o jakąś gałąź. Widać że dość świeża bo nie była zabrudzona, a krew ledwo co przyschła. Umyłam więc ranę Manusanem, a następnie popsikałam CTC. Skóra wokół była dość mocno napuchnięta, ale Nornica nie wykazywała większej reakcji bólowej. Albo jest tak twarda jak ja, albo to powierzchowne zadraśnięcie. Stwierdziłam, że zaryzykuję jazdę. Jeśli będzie jakoś wyjątkowo brykać czy wykazywać niechęć do ruchu to znaczy, że boli i wtedy odpuszczę.
Osiodłałam Zarazę, stała bez kantara z uwiązem na szyi i ziewała straszliwie. Relaks na całego. Jest strasznie pogryziona przez gzy i inne końskie muchy. Także drapanie szczotką z pewnością było dla niej przyjemne.
Poczłapałyśmy na ujeżdżalnię. Pustą! Nikogo nie było w stajni, nikogo na placu. Tak lubimy. Był ustawiony podwójny szereg na skok-wyskok i jakaś stacjonatka wysokości około 70-80 cm. Jednak zabrałam się za zwyczajną robotę w rozluźnieniu. Koninka od razu spuściła łepek, wyciągnęła szyję i zaczęła maszerować z tańczącym grzbietem. Wydłużyłam nieco strzemiona, bo nie wiem jak to się stało,że miałam strzemiona jak do konkursu klasy P co najmniej.
trochę kłusa i serpentyn, ósemek i wolt w kłusie. Była fan-tas-tycz-na! Tak ładnie się wyginała, musiałam jej tylko pilnować by głęboko wkraczała wewnętrzna noga bo miała tendencje do rozwlekania się. a gdy przypilnowałam by się nie rozciągała to z kolei próbowała zwalniać. Pokazałam jej, że to nie tędy droga i ogarnęła się momentalnie. Oczywiście musiała wyrazić swoje niezadowolenie parsknięciem.
Potem zagalopowania. To prawdziwa tragedia. Co jej się porobiło, że tak się usztywnia?! Albo to gorąco, albo podjaranie samymi galopami. Są dni, że luźno zagalopuje, a są takie jak dziś, że zagryzie się na wędzidle i trzeba pchać i pchać i pchać i półparadować, żeby raczyła odpuścić. W końcu oczywiście odpuszcza, ale co się trzeba nad tym napracować. W końcu miała kilka dobrych momentów i na prawo robiła świetne dodania bez wyciągnięcia czy wręcz uwalenia się na wodzy. Na lewo coraz lepiej się równoważy. Nie pędzi tak jak jeszcze kilka tygodni temu. Natomiast za bardzo schodzi z głową, muszę ją bardzo pilnować żeby się nie przeganaszowała bo ma ku temu tendencje. Wyciągam ją wtedy w górę delikatnie, żeby nie spowodować usztywnienia. Każde usztywnienie w galopie kończy się utratą rytmu, przejściem do kłusa.
Jak się rozgalopowała skoczyłyśmy sobie szereg na skok-wyskok z prawego najazdu bo tak akurat leżała wskazówka. potem najechałam z prawego najazdu na stacjonatę. Poszła jak burza i był świetny baskil. Świetny jak na nią. Natomiast widzę, że to wynik dobrego najazdu i mojego spokoju wewnętrznego. Gdy tylko zaczynam lekko panikować to zawsze coś się spartoli, tak jak skok z lewego najazdu gdy koninka najechała trochę po skosie, a ja nie wiem zupełnie dlaczego, straciłam pewność co do skoku. Nornica wtedy chciała wyłamać,ale była zbyt blisko przeszkody, w efekcie skoczyła blisko stojaka z potężnym wybiciem. W efekcie przewróciłam stojak. By koninie nie utrwalać złych nawyków musiałyśmy coś skoczyć i pojechałyśmy na przeszkodę z podkładów kolejowych. Poszła jak burza, baskilując jakby skalała 160 cm, bo przecież musiała sobie dokładnie te podkłady obejrzeć. Na bank wyglądają w skoku inaczej niż wtedy gdy mija je tysiąc razy tygodniowo.
Rozbujaną kobyłkę rozkłusowałam by spuściła parę, zrobiłam żucie z ręki w kłusie i pojeździłam chwilkę galop na wolcie, zacieśniając ją. Chodzi mi o to, by mocniej musiała podstawiać zad. Nie chce po dobroci to tak ją do tego zmobilizuję. wyjeżdżałam woltę o średnicy około 5-6 metrów a potem na ścianę i dodanie. Przy krótkiej ścianie znowu skrócenie i zaczynałam od koła, przez woltę około 10m, i zacieśniałam do tych 5-6 metrów. Potem chwila luzu w nagrodę i roll-backi. Coś nie miała dziś ochoty cofać, a jak cofała to jakby węża tropiła. Horror. Zwroty na prawo szły super, ale na lewo to robiła dziś jakby chciała, a nie mogła. W końcu zrobiła jeden dobry na lewo i jej odpuściłam. Za to zatrzymania z galopu - miodzio!
Na koniec ją rozsiodłałam i zrobiłam to co widać na filmie poniżej. Enjoy :)
Podsumowanie dzisiejszego treningu: Czas: 45 min Ocena: 4/5 Pogoda:dramatyczna duchota, ponad 30 st. C
Dzień dobry Państwu! Niektórzy z Was pewnie mnie znają, inni dopiero będą mogli poznać cząstkę mnie poprzez pryzmat tych notatek oraz innych moich działalności o których tu będę wspominać.
Nie jest to mój jedyny blog, natomiast postanowiłam w końcu zacząć tu spisywać różne moje spostrzeżenia jeździeckie, gdyż od wielu lat prowadzę notatki z treningów z moim koniem o którym za chwilkę.
Bardzo często trafiam na ciekawe filmy lub wpisy dotyczące tej pięknej dyscypliny sportu, niestety pojawiają się i znikają bo zwykle nie notuję ich nigdzie. Ten blog będzie miejscem gdzie będę zapisywać spostrzeżenia i ciekawostki wypatrzone w internecie. Nareszcie wszystko w jednym miejscu!
Kim jestem pewnie byście chcieli wiedzieć. Jestem sobie jeździec rekreacyjny. Jeżdżę od 2007 roku gdy to w 27 wiośnie życia postanowiłam spełnić swoje odwieczne marzenie - jeździć konno. Początki jak zapewne każdy jeździec pamięta, były bolesne. Nawet bardzo bolesne. Po pierwszych lonżach okazało się, że mam mięśnie o których istnieniu nie wiedziałam. Niezwykłym odkryciem było to, że mięśnie te mogą boleć w sposób zwalający z nóg. Jednak z każda lekcją ból stawał się coraz słabszy. Wtedy też okazało się, że mięśni to mam więcej niż sądziłam. Sadło się wytopiło ukazując całkiem niezły kaloryfer. Po wielu miesiącach regularnych jazd 2-3 razy w tygodniu sylwetka wysmuklała, a dręczące mnie bóle pleców zniknęły. Bolał za to tyłek od upadków, a duma sponiewierana schowała się w najdalszych zakątkach duszy. Nagle okazało się, że nie wszystkiego da się nauczyć szybciej, niezależnie ile książek przeczytałam, ile sobie wizualizowałam i ile ćwiczyłam w domu, dupogodziny* to dupogodziny.
Początki edukacji opiszę dokładnie później. Przedstawmy resztę dream teamu.
Nora, to moja dzielna rumaczyca, rasy sp. Dla niewtajemniczonych, to polski koń szlachetny półkrwi. Szlachetna to ona nawet bywa. bardziej z budowy niż z charakteru. Kokietuję swoimi długimi nogami, ustawia się przodem do głowieka, opuszcza nieco łeb. Wie, że wtedy bydaje się delikatniejsza, smuklejsza. Jednak natury nie oszukasz. Pieknie ją podsumował dr Dziekański wchodząc do jej boksu by jej zrobić zęby. Spojrzał na głowę a następnie nad grzbietem na okrągły zad i powiedział: a tak niewinnie się zaczyna...
Nora zwana Norką, Nornicą, a ostatnio Afganką. Czasem Koniną a czasem Mendą Mazurską. Swego czasu Burek Mazurski. Jest koniem dominujących, wrażliwym. Obraża się jak każda kobieta, ma swoje humory. Skacze niezwykle chętnie. Często ogrodzenia padoków, zwykle jednak ukierunkowuję te zdolności na przeszkody. Brzydzi się błotem. Rozpływa się podczas czesania grzywki, wścieka przy czyszczeniu prawej łopatki. Wzdycha przy dodaniach, warczy i burczy gdy nie pozwalam jej zagalopować, podczas gdy ona chce galopować tu i teraz! To kobyła z wadami budowy w postaci łękowatego grzbietu. Ma krótka masywną szyję i przebudowany zad. Ale nie ma szybszego konia w stajni!
Notatek mam całe mnóstwo. Pierwsze pochodzą z 2009 roku. Ostatnie są z przedwczoraj. Muszę to jakoś ogarnąć, żeby to co tu pisze miało trochę ładu i składu. Będę publikować na bieżąco, a od czasu do czasu dorzucę coś historycznego. Tymczasem odpalam wrotki do stajenki bo wybieramy się dziś w teren przewietrzyć zawory.
* - jednostka czasu będąca funkcją wytłuczenia tyłka w siodle i bez siodła oraz czasu.