Uwaga, uwaga Proszę Państwa! Do NO teamu dołączył nowy członek. Póki co ma dwa miesiące, jest czarny i kosmaty. Leje gdzie popadnie i je ogromne ilości moczonych chrupków. Ma dar pojawiania się pod nogami, gdziekolwiek by nie był ułamek sekundy wcześniej. Ma w sobie tyle uroku, że ktokolwiek go zobaczy to się w nim zakochuje. Waży już 1975 gramów chociaż zupełnie nie wygląda na tyle. Najwidoczniej to jego energia i moc i energia tyle ważą.
Dzisiaj okazało się, że warczy i szczeka (oszczędnie). Tutaj dokumentacja.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klacz. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 19 listopada 2013
poniedziałek, 7 października 2013
Wspaniała trójka
Dzisiejszy dzień upływa pod znakiem zakwasów. Wczorajsze przeciągnięcie w terenie musiało się dziś zemścić na mnie. Ale poruszałam się w trakcie jazdy z Moniką i nieco mi lepiej. A z Moniką dzisiaj pracowałyśmy sobie nad dosiadem i dobrym usadzeniem w siodle. Było trochę gimnastyki, galopy bez strzemion. Był dobry półsiad. Konina zaczęła się rozluźniać i stabilnie opierać na wędzidle. Mamy niezły materiał wyjściowy do dalszej pracy.
W trakcie czyszczenia odczuliłam Norkę na kota. Kot miział się do jej łopatki, kładł łapki na szyi, aż w końcu posadziłam go w siodle. Był zadowolony do czasu jak postanowił przespacerować się po szyi koniny. Szyja, a właściwie jej grzbiet był jednak zbyt wąski i strony i kocina zeskoczyła. Kon był jednak całkiem spokojny choć łypał na intruza.
Dobrze było się oderwać od świata i pobyć w stajni. Wyjrzało słoneczko, było ciepło. Koncentrując się na jeździe z Moniką całkowicie zapomniałam o problemach i nieprzyjemnościach.
Jutro Nora będzie miała wolne. Chyba że coś by się zmieniło w moich planach. Plan jednak jest by jutro odpoczęła sobie od nas. W środę wsiadam i działam ujeżdżeniowo. W czwartek może zaszaleję ze stacjonatami i okserami. O ile bedę miała siły, bo jeśli nie to... nie poskaczę :)
A w piątek Monika się znowu pobawi. Musze wymyślić jej nowe zadania do wykonania, hihi.
W trakcie czyszczenia odczuliłam Norkę na kota. Kot miział się do jej łopatki, kładł łapki na szyi, aż w końcu posadziłam go w siodle. Był zadowolony do czasu jak postanowił przespacerować się po szyi koniny. Szyja, a właściwie jej grzbiet był jednak zbyt wąski i strony i kocina zeskoczyła. Kon był jednak całkiem spokojny choć łypał na intruza.
![]() |
| Wspaniała trójka |
Jutro Nora będzie miała wolne. Chyba że coś by się zmieniło w moich planach. Plan jednak jest by jutro odpoczęła sobie od nas. W środę wsiadam i działam ujeżdżeniowo. W czwartek może zaszaleję ze stacjonatami i okserami. O ile bedę miała siły, bo jeśli nie to... nie poskaczę :)
A w piątek Monika się znowu pobawi. Musze wymyślić jej nowe zadania do wykonania, hihi.
Etykiety:
bez,
dosiad,
galop,
habituacja,
klacz,
koń,
kot,
łydka,
nora,
odczulanie,
pięta,
przyłożona,
strzemion,
ujeżdżenie
czwartek, 3 października 2013
Mamut przepotworny i Nora cuduje
Wczoraj Norka miała dzień wolny, a ja dla odmiany niezwykle pracowity. Dzisiaj i konina i ja się spracowałyśmy. Aby oderwać się na chwile od obowiązków zawodowych pojechałam do stajni z myślą o krótkim treningu.
Jakie było zdziwienie gdy w boksie Norki zobaczyłam mamuta. Mamuta, który się wytarzał najpierw w błocie, a potem piaseczku i słomie. Zatkało mnie, ale postanowiłam zaryzykować i okiełznać bestię. Bestia łypnęła na mnie okiem, które wyglądało znajomo. Coś jakby norkowe, ale zamiast otaczającego go brązowego futerka, oko lśniło pośród grud błota. Cyknęłam dwa razy, mamut ustawił się do wymarszu z boksu. Powoli odsunęłam wrota boksu, czając się za kratami. Nigdy nie wiadomo czy taka bestia nie zionie ogniem, czy choćby nie plunie. Potwór spuścił głowę i oczekiwał na mój ruch. Powolutku, pomalutku, jak żółw ociężale... wysunęłam rękę w kierunku sterty kłaków, która mogła być głową. Przypuszczenie to wysnułam na podstawie dwóch większych kęp kłaków kręcących się na boki. To najprawdopodobniej były uszy. Długie, niby ośle, zakończone pędzelkami futra jak u rysia. Pośród kęp mahoniowo-brązowego futra dostrzegłam błękit jakiejś tkaniny a może paska parcianego. Szybkie spojrzenie w oczy bestii, wstrzymałam oddech... to było ryzykowne posunięcia, a co jeśli potwór potraktuje moje spojrzenie jako wyzwanie? Na szczęście mamut drzemał w oczekiwaniu na mój kolejny ruch. A może tylko czekał na chwilę mojej nieuwagi? Serce mi waliło, oddech się spłycił. Szybkim wymachem zapięłam karabińczyk na jakimś metalowym elemencie połyskującym tuż obok błękitnawej taśmy. Stwór uchylił nieco powiekę i spojrzał na mnie. Właściwie to łypnął i... opuścił powiekę. Jego czujność zdradziły tylko lekko drżące kłaczki na uszach. Zakradłam się ku wyjściu ze stajni. Powoli, delikatnie, po cichutku wypuszczałam linkę uwiązu. Kosmata bestia trwała niczym posąg. I nagle! Otworzyła ślipia i podniosła łeb do góry. Jednym susem przesadziłam próg stajni potykając się o swoje nogi, wyskoczyłam przed budynek. Oczywiście w tej panice szarpnęłam linkę, która napięła się . Karabińczyk zabrzęczał. Czy wytrzyma? Czy rozsypie się w drobny mak, a bestia uwolniona boksu rzuci się ku wolności, traktując mnie przy okazji? Poczułam opór. Karabińczyk trzeszczał, lina piszczała napięta do granic możliwości. Srebrzysta nić przeplotu rozgrzała się niczym żelazo. A kosmate bydlę rozejrzało się po czym leniwie przestawiło przednią gicz nad progiem stajni. Zmroziło mnie, a nogi się pode mną ugięły, bo bestia otworzyła paszczę. Górna warga się podwinęła, dolna opadła, a paszcza wykrzywiła się w dziwnym grymasie. Czarne ślepia zniknęły pośród kłaków. O matko, to musi być jakaś transformacja. Stwór się przepoczwarzy w coś na prawdę potwornego, przy czym i obcy i predator to małe pikusie, które mogą wybierać pchły z futra bestii. Paszcza stwora rozwarła się, a bokiem wypadł język. Z głębi trzewi doszły mnie dźwięki przerażające. Coś jakby stęknięcie i westchnięcie jednocześnie. Tylna szkita się wyciągnęła ku tyłowi. Drżałam i przykucnęłam z wrażenia. Oczekiwałam nieoczekiwanego... Mamut przestąpił próg stajni i stanął przede mną. Zerknął na mnie wyczekująco. Stąpając niczym Szpieg z Krainy Deszczowców zbliżyłam się do rury na myjce. Szybko zawiązałam węzeł bezpieczny. Kosmacz odprowadził mnie wzrokiem, nie wykazał większego zainteresowania. Czyżbym była zbyt marnym kąskiem na obiad? Może nie było toto głodne. Fakt, że niby popołudnie, ładna jesienna pogoda, a w stajni pusto. Tak, teraz już byłam pewna. Obcy pożarł ludzi kręcących się po stajni i po prostu nie był głodny. Byłam uratowana!
Złapałam szczotkę i postanowiłam wkraść się w łaski bestii. Miziu miziu szczotką po pleckach, po szyi. Kto nie lubi takich zabiegów. Jakieś było moje zdziwienie, gdy dławiona kaszlem od piasku, płacząca oczami podrażnionymi kurzem, nagle dostrzegłam że spod zwałów futra oklejonego błotem wyłania się coś jakby koń. Im dłużej czyściłam, tym bardziej to było podobne do MOJEGO konia!
A teraz do sedna. Konica była naładowana. Przeogromnie nabuzowana, elektryczna, ale chętna do roboty jak już dawno nie była. Od samego początku treningu bardzo ładnie pracowała. Tak ładnie, że postanowiłam szlifować przejścia oraz dodania i skrócenia. W kłusie, skracając ją bardzo bardzo, a jednocześnie dopychając ją łydką i popędzając wydając odgłosy paszczą, konina zaczęła robić pasaże a momentami piaffy. Oczywiście to tak szumnie powiedziane, ale dzięki temu wiadomo czego się doszukiwać w filmie poniżej.
Nauczona jej wcześniejszymi wyczynami, po kilku krokach maksymalnego skrócenia posyłam ją do przodu. Niestety najlepsze momenty nie zostały uwiecznione z banalnego powodu. Były na samym początku. A gdy wpadłam na pomysł by to wszystko uwiecznić to już nam nie szło zbyt dobrze. Na końcu widać jak po prostu zabrakło pary. Gdy nie ma pary to koń nie idzie, nie podnosi nóg.
Po tych ćwiczeniach Nornica mnie przewiozła. Poniosła w galopie na ujeżdżalni. po kilku okrążeniach odpuściła i dała szansę na zatrzymanie jej. Potem było raz lepiej raz gorzej. Udało się zrobić kilka lotnych zmian, ale usztywniała się dziś bardzo szybko. No i przez to wszystko robota była utrudniona. Na filmie też widać jak się napala skróceniami i zadziera łeb. Nie przejmuję się tym zbytnio. Wiem, że po kilku tygodniach ćwiczę od czasu do czasu, ułoży sobie w główce o co chodzi z tym ćwiczeniem. Przestanie się usztywniać i wtedy będzie mi łatwiej dawać jej sygnały, a ona się szybciej skoncentruje na wykonaniu ćwiczenia.
Jakie było zdziwienie gdy w boksie Norki zobaczyłam mamuta. Mamuta, który się wytarzał najpierw w błocie, a potem piaseczku i słomie. Zatkało mnie, ale postanowiłam zaryzykować i okiełznać bestię. Bestia łypnęła na mnie okiem, które wyglądało znajomo. Coś jakby norkowe, ale zamiast otaczającego go brązowego futerka, oko lśniło pośród grud błota. Cyknęłam dwa razy, mamut ustawił się do wymarszu z boksu. Powoli odsunęłam wrota boksu, czając się za kratami. Nigdy nie wiadomo czy taka bestia nie zionie ogniem, czy choćby nie plunie. Potwór spuścił głowę i oczekiwał na mój ruch. Powolutku, pomalutku, jak żółw ociężale... wysunęłam rękę w kierunku sterty kłaków, która mogła być głową. Przypuszczenie to wysnułam na podstawie dwóch większych kęp kłaków kręcących się na boki. To najprawdopodobniej były uszy. Długie, niby ośle, zakończone pędzelkami futra jak u rysia. Pośród kęp mahoniowo-brązowego futra dostrzegłam błękit jakiejś tkaniny a może paska parcianego. Szybkie spojrzenie w oczy bestii, wstrzymałam oddech... to było ryzykowne posunięcia, a co jeśli potwór potraktuje moje spojrzenie jako wyzwanie? Na szczęście mamut drzemał w oczekiwaniu na mój kolejny ruch. A może tylko czekał na chwilę mojej nieuwagi? Serce mi waliło, oddech się spłycił. Szybkim wymachem zapięłam karabińczyk na jakimś metalowym elemencie połyskującym tuż obok błękitnawej taśmy. Stwór uchylił nieco powiekę i spojrzał na mnie. Właściwie to łypnął i... opuścił powiekę. Jego czujność zdradziły tylko lekko drżące kłaczki na uszach. Zakradłam się ku wyjściu ze stajni. Powoli, delikatnie, po cichutku wypuszczałam linkę uwiązu. Kosmata bestia trwała niczym posąg. I nagle! Otworzyła ślipia i podniosła łeb do góry. Jednym susem przesadziłam próg stajni potykając się o swoje nogi, wyskoczyłam przed budynek. Oczywiście w tej panice szarpnęłam linkę, która napięła się . Karabińczyk zabrzęczał. Czy wytrzyma? Czy rozsypie się w drobny mak, a bestia uwolniona boksu rzuci się ku wolności, traktując mnie przy okazji? Poczułam opór. Karabińczyk trzeszczał, lina piszczała napięta do granic możliwości. Srebrzysta nić przeplotu rozgrzała się niczym żelazo. A kosmate bydlę rozejrzało się po czym leniwie przestawiło przednią gicz nad progiem stajni. Zmroziło mnie, a nogi się pode mną ugięły, bo bestia otworzyła paszczę. Górna warga się podwinęła, dolna opadła, a paszcza wykrzywiła się w dziwnym grymasie. Czarne ślepia zniknęły pośród kłaków. O matko, to musi być jakaś transformacja. Stwór się przepoczwarzy w coś na prawdę potwornego, przy czym i obcy i predator to małe pikusie, które mogą wybierać pchły z futra bestii. Paszcza stwora rozwarła się, a bokiem wypadł język. Z głębi trzewi doszły mnie dźwięki przerażające. Coś jakby stęknięcie i westchnięcie jednocześnie. Tylna szkita się wyciągnęła ku tyłowi. Drżałam i przykucnęłam z wrażenia. Oczekiwałam nieoczekiwanego... Mamut przestąpił próg stajni i stanął przede mną. Zerknął na mnie wyczekująco. Stąpając niczym Szpieg z Krainy Deszczowców zbliżyłam się do rury na myjce. Szybko zawiązałam węzeł bezpieczny. Kosmacz odprowadził mnie wzrokiem, nie wykazał większego zainteresowania. Czyżbym była zbyt marnym kąskiem na obiad? Może nie było toto głodne. Fakt, że niby popołudnie, ładna jesienna pogoda, a w stajni pusto. Tak, teraz już byłam pewna. Obcy pożarł ludzi kręcących się po stajni i po prostu nie był głodny. Byłam uratowana!
![]() |
| Przepotworny stwór mamuci |
Złapałam szczotkę i postanowiłam wkraść się w łaski bestii. Miziu miziu szczotką po pleckach, po szyi. Kto nie lubi takich zabiegów. Jakieś było moje zdziwienie, gdy dławiona kaszlem od piasku, płacząca oczami podrażnionymi kurzem, nagle dostrzegłam że spod zwałów futra oklejonego błotem wyłania się coś jakby koń. Im dłużej czyściłam, tym bardziej to było podobne do MOJEGO konia!
![]() |
| Koń. Mój. |
A teraz do sedna. Konica była naładowana. Przeogromnie nabuzowana, elektryczna, ale chętna do roboty jak już dawno nie była. Od samego początku treningu bardzo ładnie pracowała. Tak ładnie, że postanowiłam szlifować przejścia oraz dodania i skrócenia. W kłusie, skracając ją bardzo bardzo, a jednocześnie dopychając ją łydką i popędzając wydając odgłosy paszczą, konina zaczęła robić pasaże a momentami piaffy. Oczywiście to tak szumnie powiedziane, ale dzięki temu wiadomo czego się doszukiwać w filmie poniżej.
Nauczona jej wcześniejszymi wyczynami, po kilku krokach maksymalnego skrócenia posyłam ją do przodu. Niestety najlepsze momenty nie zostały uwiecznione z banalnego powodu. Były na samym początku. A gdy wpadłam na pomysł by to wszystko uwiecznić to już nam nie szło zbyt dobrze. Na końcu widać jak po prostu zabrakło pary. Gdy nie ma pary to koń nie idzie, nie podnosi nóg.
Po tych ćwiczeniach Nornica mnie przewiozła. Poniosła w galopie na ujeżdżalni. po kilku okrążeniach odpuściła i dała szansę na zatrzymanie jej. Potem było raz lepiej raz gorzej. Udało się zrobić kilka lotnych zmian, ale usztywniała się dziś bardzo szybko. No i przez to wszystko robota była utrudniona. Na filmie też widać jak się napala skróceniami i zadziera łeb. Nie przejmuję się tym zbytnio. Wiem, że po kilku tygodniach ćwiczę od czasu do czasu, ułoży sobie w główce o co chodzi z tym ćwiczeniem. Przestanie się usztywniać i wtedy będzie mi łatwiej dawać jej sygnały, a ona się szybciej skoncentruje na wykonaniu ćwiczenia.
Etykiety:
ćwiczenia,
dodania,
futro,
głowy,
klacz,
mamut,
nora,
pasaż,
piaff,
rozluźnienie,
skrócenia,
sztuczki,
ujeżdżenie,
zadzieranie
poniedziałek, 30 września 2013
Monikowy trening numero uno!
Dzisiaj na Nornicę wsiadła Monika. Moja noga wczoraj się rozpadła. Żartuję. Zdarł się strup i się chciałam wykrwawić kolanem w trakcie jazdy. Ciemne bryczesy skutecznie zamaskowały wszelkie ślady wykrwawiania się, a przejęta koniem, jazdą i piękną pogodą nie zwróciłam uwagi na ból. Dzisiaj w związku z tym nie miałam w planie wsiadać. Dopuszczałam taką ewentualność gdyby Monika miała jakieś problemy.
Powiedziałam Monice, że Nora będzie ją sprawdzać i żeby się nie dała zastraszyć kobyle. I tak się stało. Póki był stęp to Nornica człapała, ale przy prośbie o kłus, Norka zaczęła swoje podrygi, pseudopobrykiwania. Monika usiadła głębiej w siodło i łyda i głosem musztruje Nornicę, aż w końcu machnęła batem i Norka ruszyła kłusem. Aj jaka była zła. Jak to możliwe, że ta niewielka istota na jej grzbiecie tego dokonała. Nora pewnie do tej pory nad tym duma.
Z początku Nora szła jakby chciała, a nie mogła, jednak Monice udało się ją rozbujać. Żeby koń się bardziej skoncentrował na Monice, zarządziłam pracę na przejściach. Monika bardzo sprawnie sobie radziła. Konina była coraz bardziej zdziwiona, próbowała Monikę wozić, schodzić ze ścian, ale Monika sprawnie sobie z tym radziła. Jak na osobę, która siedziała pierwszy raz na tym koniu (pierwszy raz to była jazda próbna, krótka i z marnymi efektami), poradziła sobie doskonale. Nora jeszcze raz próbowała się z Moniką. Znowu nie chciała zakłusować, ale determinacja dziewczyny spowodowała kapitulację koniny. Zakłusowała a każde kolejne zakłusowanie było coraz lepsze.
Aż miło było popatrzeć, jak dziewczyny się dogadują. Monika robiła dodania, zagalopowała sobie bez większych problemów. Koń szedł luźny, a gdy się spinał to Monika ją wzorowo dopychała łydką i koń spuszczał łepek i luzował spięty grzbiet.
Jest sporo rzeczy do dopracowania, ale to na spokojnie ogarniemy. Grunt, że Nora ma drugiego jeźdźca, który spokojem i konsekwencją jest w stanie ogarnąć fochy kobyły.
Na koniec poczęstowaliśmy koninę marchewkami z upraw mojej Mamy i jabłuszkami przyniesionymi przez Monikę. Niech no tylko koninka tego nie doceni to ją zadręczymy chodami bocznymi!
Co ciekawe dzisiaj konina przyszła do nas gdy ją zawołałam. Wczoraj przyszła kawałek, ale szła znowu z rżeniem. A dziś pyszczydło zamknięte, ale za to przyszła na wyciągnięcie ręki. I jak tu nie kochac tegokonia?!
Powiedziałam Monice, że Nora będzie ją sprawdzać i żeby się nie dała zastraszyć kobyle. I tak się stało. Póki był stęp to Nornica człapała, ale przy prośbie o kłus, Norka zaczęła swoje podrygi, pseudopobrykiwania. Monika usiadła głębiej w siodło i łyda i głosem musztruje Nornicę, aż w końcu machnęła batem i Norka ruszyła kłusem. Aj jaka była zła. Jak to możliwe, że ta niewielka istota na jej grzbiecie tego dokonała. Nora pewnie do tej pory nad tym duma.
![]() |
| Dziewczyny się zapoznają w pięknych okolicznościach przyrody |
![]() |
| Rozprężenie Nornicy |
![]() |
| Dziewczyny kłusują |
![]() |
| Zdjęcie zrobione pod słońce, ale tu jest galop! |
Jest sporo rzeczy do dopracowania, ale to na spokojnie ogarniemy. Grunt, że Nora ma drugiego jeźdźca, który spokojem i konsekwencją jest w stanie ogarnąć fochy kobyły.
Na koniec poczęstowaliśmy koninę marchewkami z upraw mojej Mamy i jabłuszkami przyniesionymi przez Monikę. Niech no tylko koninka tego nie doceni to ją zadręczymy chodami bocznymi!
![]() |
| Zauważyliście dopasowani kolorystyczne jeźdźca i konia? |
![]() |
| Luzowanie po treningu |
niedziela, 29 września 2013
Współdzierżawa i treningi ostatnich dni
Stało się! Nora ma nowego współdzierżawcę. Od jutra zaczyna na niej jeździć Monika. Monika, która ma urodziny tego samego dnia co ja! Wyobrażacie sobie?!
Z racji tego, że rana goi się wyjątkowo wolno w piątek i sobotę na Norę wsiadła Agnieszka. Agnieszka, która kiedyś współdzierżawiła Norę, ale później nasze drogi się rozeszły. Zaproponowała jednak w czwartek, że przyjedzie na piątkową jazdę. W piątek więc wsiadłam na koninę nim Agniecha przyszła. Koń sztywny na lewo, ale tak pięknie pracujący, że miło było na niej śmigać.Z początku leniwa, ale dwa szybkie baciory ją uzdrowiły. Pięknie kłusowała, a galopy lepsze niż przed wyjazdem. Byłam w totalnym szoku. Niosła się, dodawała na moje życzenie, skracała. Nie stanowiło problemu by zrobić woltę. Fantastycznie pracowała.
Po mnie wsiadła Agnieszka i koń dość ładnie pracował. Agnieszka w końcu zaczęła galopować jak człowiek, chociaż ma tendencje do prania. Pranie to takie ruchy rękoma jak przy ręcznym praniu. jak nie pierze, to z kolei bawi się w dżokeja. Próbuje popędzać konia wodzą, oddaje wodzę, a potem gwałtownie ją zbiera. Konina oczywiście w takiej sytuacji zagalopowuje by po chwili przejść do kłusa. Niestety to spowodowało, że koń się usztywniał i był problem z galopem.
Agnieszka postanowiła wsiąść ponownie w sobotę. Ja już nie wsiadłam. Koń z początku był chętny do pracy, jednak kolejne błędy Agnieszki poskutkowały znarowieniem się kobyły. Nornica się zawiesiła i nie chciała kłusować. Przychodziła do mnie, stawała obok i stała. Gdy Agnieszka próbowała ją zmusić do ruszenia, to Nora ją straszyła pobrykując, spinając się tudzież piafując. Musiałam wsiąść na Nornicę i jej przypomnieć o co w tej całej jeździe konnej chodzi. W ciągu 5 minut koń poruszał się pięknie we wszystkich chodach. Aga wsiadła jednak co chwilę przekładała wodze nad szyją, to znowu jechała na pół luźnej wodzy i podszarpywała konia za pysk. W efekcie Nora znowu się zawiesiła. Znowu wsiadłam, ale moja cierpliwość do Agi się skończyła. Poprosiłam ją tylko by zakłusowała na Norce i występowała ją. Niestety od poniewierania się w siodle Norę zaczął boleć grzbiet. Nałożyłam wcierkę.
Dzisiaj grzbiet bolał ją już dużo mniej. Razem z Moniką wyczyściłyśmy i osiodłałyśmy wiedźmę mazurską. Miałam problem żeby ją solidnie rozprężyć. Była nieco rozkojarzona. Siadłam w siodło najdelikatniej jak umiałam. W końcu koń się ogarnął i mimo dość ciężkiego podłoża zaczęła ładnie pracować. Galopy były pierwsza klasa, a dodanie na prawo było po prostu genialne. Na prawdę, byłam zadowolona z niej. Po jeździe znowu wcierka na grzbiet.
Aaa no i grzywę jej dziś obcięłam tak krótko jak jeszcze nigdy. Fajnie wygląda, jutro zrobię zdjęcia. I jutro wielki dzień Moniki, wsiada na Nornicę. Dziewczyny będą się zapoznawać i razem szaleć.
Z racji tego, że rana goi się wyjątkowo wolno w piątek i sobotę na Norę wsiadła Agnieszka. Agnieszka, która kiedyś współdzierżawiła Norę, ale później nasze drogi się rozeszły. Zaproponowała jednak w czwartek, że przyjedzie na piątkową jazdę. W piątek więc wsiadłam na koninę nim Agniecha przyszła. Koń sztywny na lewo, ale tak pięknie pracujący, że miło było na niej śmigać.Z początku leniwa, ale dwa szybkie baciory ją uzdrowiły. Pięknie kłusowała, a galopy lepsze niż przed wyjazdem. Byłam w totalnym szoku. Niosła się, dodawała na moje życzenie, skracała. Nie stanowiło problemu by zrobić woltę. Fantastycznie pracowała.
Po mnie wsiadła Agnieszka i koń dość ładnie pracował. Agnieszka w końcu zaczęła galopować jak człowiek, chociaż ma tendencje do prania. Pranie to takie ruchy rękoma jak przy ręcznym praniu. jak nie pierze, to z kolei bawi się w dżokeja. Próbuje popędzać konia wodzą, oddaje wodzę, a potem gwałtownie ją zbiera. Konina oczywiście w takiej sytuacji zagalopowuje by po chwili przejść do kłusa. Niestety to spowodowało, że koń się usztywniał i był problem z galopem.
Agnieszka postanowiła wsiąść ponownie w sobotę. Ja już nie wsiadłam. Koń z początku był chętny do pracy, jednak kolejne błędy Agnieszki poskutkowały znarowieniem się kobyły. Nornica się zawiesiła i nie chciała kłusować. Przychodziła do mnie, stawała obok i stała. Gdy Agnieszka próbowała ją zmusić do ruszenia, to Nora ją straszyła pobrykując, spinając się tudzież piafując. Musiałam wsiąść na Nornicę i jej przypomnieć o co w tej całej jeździe konnej chodzi. W ciągu 5 minut koń poruszał się pięknie we wszystkich chodach. Aga wsiadła jednak co chwilę przekładała wodze nad szyją, to znowu jechała na pół luźnej wodzy i podszarpywała konia za pysk. W efekcie Nora znowu się zawiesiła. Znowu wsiadłam, ale moja cierpliwość do Agi się skończyła. Poprosiłam ją tylko by zakłusowała na Norce i występowała ją. Niestety od poniewierania się w siodle Norę zaczął boleć grzbiet. Nałożyłam wcierkę.
Dzisiaj grzbiet bolał ją już dużo mniej. Razem z Moniką wyczyściłyśmy i osiodłałyśmy wiedźmę mazurską. Miałam problem żeby ją solidnie rozprężyć. Była nieco rozkojarzona. Siadłam w siodło najdelikatniej jak umiałam. W końcu koń się ogarnął i mimo dość ciężkiego podłoża zaczęła ładnie pracować. Galopy były pierwsza klasa, a dodanie na prawo było po prostu genialne. Na prawdę, byłam zadowolona z niej. Po jeździe znowu wcierka na grzbiet.
Aaa no i grzywę jej dziś obcięłam tak krótko jak jeszcze nigdy. Fajnie wygląda, jutro zrobię zdjęcia. I jutro wielki dzień Moniki, wsiada na Nornicę. Dziewczyny będą się zapoznawać i razem szaleć.
środa, 18 września 2013
Relacja z Mazur
Od pewnego czasu oddaję się doglądaniu biznesów w urokliwym, mazurskim zakątku Polski. Pod opieką mam tu dwa koniki, pełną siostrę i mamusię mojej Nornicy. Ścielę, karmię, wypuszczam na pastwisko, a potem zapraszam do stajni.
Oprócz tego prowadzę naukę jazdy konnej na Wiedźmach. Od wyprowadzania z boksu, poprze czyszczenie, po jazdę i wykłady na temat zachowań i podstaw pracy z koniem.Zabawa jest przednia, bo musimy się tak szkolić by nie dać się zmoczyć deszczom i zwykle nam się to udaje. Wyjątkiem był wczorajszy dzień, gdy po osiodłaniu koni musieliśmy się ewakuować do stajni bo lunęło. I lało do wieczora niemal bez przerwy.
Za chwilkę kolejne zajęcia. Dzisiaj nauka kłusa anglezowanego więc będzie ciężko, ale Fabia którą dziś będzie koniem szkoleniowym bardzo dzielnie się sprawuje i mam nadzieję, że dziś będzie trzymać poziom.
Nora została sobie sama, ale jak wrócę to znowu biorę ją w obroty. Od października będzie też miała współdzierżawcę i dużo regularnych jazd. I dobrze jej tak!
Oprócz tego prowadzę naukę jazdy konnej na Wiedźmach. Od wyprowadzania z boksu, poprze czyszczenie, po jazdę i wykłady na temat zachowań i podstaw pracy z koniem.Zabawa jest przednia, bo musimy się tak szkolić by nie dać się zmoczyć deszczom i zwykle nam się to udaje. Wyjątkiem był wczorajszy dzień, gdy po osiodłaniu koni musieliśmy się ewakuować do stajni bo lunęło. I lało do wieczora niemal bez przerwy.
Za chwilkę kolejne zajęcia. Dzisiaj nauka kłusa anglezowanego więc będzie ciężko, ale Fabia którą dziś będzie koniem szkoleniowym bardzo dzielnie się sprawuje i mam nadzieję, że dziś będzie trzymać poziom.
Nora została sobie sama, ale jak wrócę to znowu biorę ją w obroty. Od października będzie też miała współdzierżawcę i dużo regularnych jazd. I dobrze jej tak!
![]() |
| Fabia i Minka miziają się po grzbietach |
![]() |
| Trawing |
![]() |
| Fabia zerka w obiektyw |
![]() |
| Mamusia z córką, a w tle domostwo |
![]() |
| Chrup chrup mniam mniam |
czwartek, 29 sierpnia 2013
Współdzierżawa
Szukam spokojnej i odpowiedzialnej osoby do współdzierżawy.
Nora to 11 letnia wysoka (ok. 165 cm) gniada klacz.
Jest dobrze ujeżdżona: dodania, skrócenia, ustępowania,
łopatki, trawers, ciągi.
Klacz miękka w pysku, wrażliwa na pomoce, idąca do przodu.
Pięknie reaguje na balans ciałem. Idealny do szlifowania umiejętności
jeździeckich.
Koń stoi w Klaudynie pod Warszawą. Stajnia dysponuje
oświetloną ujeżdżalnią i halą. Świetny dojazd autobusem 712 (około 40 minut z
Placu Wilsona).
Cena dzierżawy do uzgodnienia w zależności od ilości jazd i
umiejętności. Możliwość szkolenia z metod naturalnych.
Osoby zainteresowane współdzierżawą konia proszę o kontakt
telefoniczny: 506 92 96 91 (nie odpisuję na smsy).
niedziela, 25 sierpnia 2013
Luźniutko i w dół - 2013-08-24
Pojechałam do konia wczesnym popołudniem. Zawołałam i podeszła do bramki. Zabrałam niemiłosiernie brudnego konia z padoku. Niestety koniki rozpruły ogrodzenie z pastucha na pastwiskach i stoją na niedużych padokach.
Koninie bardzo chciało się pić i oczywiście pierwsze co zrobiła po wyjściu ze spacerniaka to rzuciła się na trawę. Przekonałam ją jednak do roboty. Była nieco leniwa, człapała sobie, ale za to luźniutka. Oj jak przyjemnie się z nią pracowała. Szybciutko zaczęła odpowiadać na sygnały. Ładne łopatki zrobiłyśmy w kłusie. Nie myszkowała, nie meandrowała tylko szła po śladzie jak trzeba.
Pokutuje wciąż moja słabsza lewa noga. Muszę sobie pomagać przyłożeniem bacika. Pilnowałam też by siedzieć głęboko w siodle i całkiem nieźle mi to wychodzi, chociaż z początku zakwasy i ból pleców, skutecznie to wszystko utrudniały. Później jak się rozruszałam to już było z górki.
Ewidentnie mój spokój przełożył się na pracę konia. Byłam opanowana, spokojna. Po wszystkim co się ostatnio dzieje nie miałam siły by się unosić. Może dlatego tez, koń był taki leniwy.
Popracowałyśmy na woltach mniejszych i większych. Elegancko szła w ustawieniu do wewnątrz i zewnątrz. Łopatki, trawersy, renwersy na 4+. Dużo chwaliłam i dałam jej dużo swobody po dobrze wykonanym zadaniu.
Niezłe galopy się robią. Coś się konina usztywnia mi na lewo i oczywiście zagalopowania wychodzą wtedy tragiczne, ale dziś dwa czy trzy były na prawdę niezłe. Robiłam koła w galopie, wyjazd na ścianę i dodanie, potem przejście w półsiad i skok przez podkłady kolejowe (wysokie na ok. 50 cm, szerokie na około 40 cm), zmiana nogi, kilku foule galopu i przejście do kłusa. Skoki świetne, zrównoważone, troszkę się napalała, ale bardzo łatwo ją było przytrzymac i doprowadzić do przeszkody. Mogę szczerze powiedzieć, że się wyrabiamy.
Potem poświrowałyśmy rollbacki. Coś najpierw mi się zwiesiła, ale jeden szybki jej przypomniał o co chodzi. wspięcia niestety marnie. Nie przejmowałam się tym jednak bo próbowała. Nie wściekała się, tylko dziś to po prostu słabo szło. Zagalopowania ze stój i ze stępa na "hop" - genialne. Trochę gorzej za zatrzymaniem było, ale cóż. Nie może być idealnie.
Coś nie miała ochoty położyć się z siodła. Zdjęłam więc siodło i położyłam ją z ziemi. Usiadłam na niej i poprosiłam by wstała. I wstała a potem położenie jej poszło już raz dwa. Zlazłam z niej, wygłaskałam, a ona leży i leży. Zrelaksowana. Usiadłam na jej łopatce i tak żałowałam, że nie ma nikogo z aparatem, bo gdyby mi zrobił zdjęcie wtedy, to bym je podpisała "siedzę na koniu". W sposób alternatywny :)
Koninę później spłukałam wodą. Nie była najpierw zadowolona, ale potem stała spokojnie. Wyszorowałam jej brzuszek, szyję. Przeprałam grzywę i ogon. A potem taką mokrą zabrałam na trawę. Wygrodziłam kawałek placyku przy ujeżdżalni i puściłam ją luzem, a sama prażyłam się w słońcu. Udało mi się tez przykleić plecami do jedynej plamy z zywicy na tejże ławce. Popijałam wodę, koń chrupał trawę, słonce świeciło. Było tak ładnie, że nawet mi się poprawiło samopoczucie.
Koninie bardzo chciało się pić i oczywiście pierwsze co zrobiła po wyjściu ze spacerniaka to rzuciła się na trawę. Przekonałam ją jednak do roboty. Była nieco leniwa, człapała sobie, ale za to luźniutka. Oj jak przyjemnie się z nią pracowała. Szybciutko zaczęła odpowiadać na sygnały. Ładne łopatki zrobiłyśmy w kłusie. Nie myszkowała, nie meandrowała tylko szła po śladzie jak trzeba.
![]() |
| Chrup chrup trawka potreningowo |
Pokutuje wciąż moja słabsza lewa noga. Muszę sobie pomagać przyłożeniem bacika. Pilnowałam też by siedzieć głęboko w siodle i całkiem nieźle mi to wychodzi, chociaż z początku zakwasy i ból pleców, skutecznie to wszystko utrudniały. Później jak się rozruszałam to już było z górki.
Ewidentnie mój spokój przełożył się na pracę konia. Byłam opanowana, spokojna. Po wszystkim co się ostatnio dzieje nie miałam siły by się unosić. Może dlatego tez, koń był taki leniwy.
Popracowałyśmy na woltach mniejszych i większych. Elegancko szła w ustawieniu do wewnątrz i zewnątrz. Łopatki, trawersy, renwersy na 4+. Dużo chwaliłam i dałam jej dużo swobody po dobrze wykonanym zadaniu.
![]() |
| Pyszna trawka |
Niezłe galopy się robią. Coś się konina usztywnia mi na lewo i oczywiście zagalopowania wychodzą wtedy tragiczne, ale dziś dwa czy trzy były na prawdę niezłe. Robiłam koła w galopie, wyjazd na ścianę i dodanie, potem przejście w półsiad i skok przez podkłady kolejowe (wysokie na ok. 50 cm, szerokie na około 40 cm), zmiana nogi, kilku foule galopu i przejście do kłusa. Skoki świetne, zrównoważone, troszkę się napalała, ale bardzo łatwo ją było przytrzymac i doprowadzić do przeszkody. Mogę szczerze powiedzieć, że się wyrabiamy.
Potem poświrowałyśmy rollbacki. Coś najpierw mi się zwiesiła, ale jeden szybki jej przypomniał o co chodzi. wspięcia niestety marnie. Nie przejmowałam się tym jednak bo próbowała. Nie wściekała się, tylko dziś to po prostu słabo szło. Zagalopowania ze stój i ze stępa na "hop" - genialne. Trochę gorzej za zatrzymaniem było, ale cóż. Nie może być idealnie.
![]() |
| Na moje wołanie spojrzała z taką oto miną tudzież wyrazem pyska "Czego chcesz kobieto?!" |
Coś nie miała ochoty położyć się z siodła. Zdjęłam więc siodło i położyłam ją z ziemi. Usiadłam na niej i poprosiłam by wstała. I wstała a potem położenie jej poszło już raz dwa. Zlazłam z niej, wygłaskałam, a ona leży i leży. Zrelaksowana. Usiadłam na jej łopatce i tak żałowałam, że nie ma nikogo z aparatem, bo gdyby mi zrobił zdjęcie wtedy, to bym je podpisała "siedzę na koniu". W sposób alternatywny :)
Koninę później spłukałam wodą. Nie była najpierw zadowolona, ale potem stała spokojnie. Wyszorowałam jej brzuszek, szyję. Przeprałam grzywę i ogon. A potem taką mokrą zabrałam na trawę. Wygrodziłam kawałek placyku przy ujeżdżalni i puściłam ją luzem, a sama prażyłam się w słońcu. Udało mi się tez przykleić plecami do jedynej plamy z zywicy na tejże ławce. Popijałam wodę, koń chrupał trawę, słonce świeciło. Było tak ładnie, że nawet mi się poprawiło samopoczucie.
wtorek, 6 sierpnia 2013
Terenik w towarzystwie z dnia 2013-08-06
Drimtim dzisiaj wypuścił się w teren na czołowego. Na ogonie miałyśmy hucuła z jeźdźcem okazjonalnym.
Koninka dzisiaj szła nieco leniwie przez wieś. Nie wzruszały jej ani psy ani samochody. Stukała kopytkami w asfalt, lekko machała głową na boki, ogonem trochę bardziej. Po dojeździe do lasu chętnie ruszyła przed siebie. Pierwsze zatrzymanie było przed strumykiem, który zniknął. I to zastanowiło mojego konia. Ale poszła, dwa kroki i byłyśmy na drugim brzegu. Następnie luźny kłusik, świetnie się prowadziła na balans, wodze miałam w jednej ręce. Uwielbiam ją taką. Widać było, że wyjazd w teren sprawia jej przyjemność, że jest zrelaksowana.
Dojechałyśmy do łąk gdzie było zatrzęsienie końskich much i innego latającego badziewia. w związku z tym kobyłka chętnie pokłusowała, a wyciągała nogi jak do dorożkarskiego kłusa. Hucuł musiał za nami galopować, więc przytrzymałam Norę, żeby dać maluchowi szansę.
Postanowiłam jechać ścieżką na skróty, bo okolica porządnie obeschła i nie było obaw, że utkniemy w błocie. Ścieżkę rozjeździły quady, złamały się też nad nią dwa drzewa. Obie rzeczy skutecznie utrudniały przejazd. Musiałam zsiąść z Norki bo ledwo z siodłem mieściła się pod złamanymi konarami. Natomiast jadąc tą ścieżką zaoszczędziłyśmy dobre 20-30 minut.
Potem było z górki. lajtowo przez las, chociaż ze względu na słabą kondycję towarzyszy ograniczyłyśmy się do niewielkich galopów. Świetnie szła dzisiaj, "pod górę". Lekki przód, galop był okrągły, zrównoważony. Co jakiś czas niestety się płoszyła nie wiadomo czego. Czasem ma takie dni, niespecjalnie się tym przejmuję.
Dojechałyśmy nad jeziorko i bez problemu wjechała do wody. Postała w niej kilkanaście minut oczywiście grzebiąc kopytami. Nie chciała pić, zresztą dojechała tylko minimalnie spocona mimo sporego upału. Przez chwilę miałam wrażenie,że ma ochotę się położyć więc nieco pobrodziłyśmy. Na koniec poprosiłam ją o wspięcie. Zrobiła przyzwoite wspięcie w dość głębokiej wodzie. To było poważne zadanie, ale wykonała je bez najmniejszego buntu. Generalnie była w tym jeziorze na totalnym relaksie. Żałowałam, że nie zabrałam dziś pulsometru. Byłam bardzo ciekawa jakie miała tętno stojąc w jeziorku. Ostatnio była mocno pobudzona, a dziś miałam wrażenie, że było w okolicach 60 uderzeń, więc prawie spokój.
Powrót był nieco bardziej dynamiczny bo wiadomo, do domu, na kolację się niektórym spieszyło. Nie chciała mi też zagalopować na lewo. Zatrzymałam się na małej polance by zagalopować ją z koła. Zagalopowała po czym po kilku krokach, niby skacząc nad korzeniem, zmieniła nogę na prawą. Próbowałam jeszcze dwa razy zagalopować na lewo i znowu się udało, ale po jakimś czasie sobie znowu zmieniła na prawą. W końcu ja na łące przegalopowałam. Świetnie szła doskonale podstawiona. Stabilna na wodzy, luźna, a jednocześnie niezwykle dynamiczna. Dawno nie miałam takiego galopu. Bez problemu można to było wysiedzieć a to świadczy o tym, że pracowała grzbietem wzorowo. Bo Nornica ma problemy z grzbietem i gdy nim nie pracuje, to nie sposób wysiedzieć galop.
Powrót do stajni przez wieś był żwawy, chociaż to i tak tylko oględne określenie. Zasuwała jak dzika. Wyciągała nogi jak na konkursie ujeżdżenia.
Jestem z niej dumna, z jej spokoju i opanowania. Patrząc na inne konie, widzę ile pracy włożyłam by osiągnąć ten poziom.
Podsumowanie dzisiejszego terenu:
Dystans: 19,67 KM
Czas: 2:41:53
Prędkość średnia: 7 km/h
Prędkość maksymalna: 21 km/h
Pogoda: temp. 35 st. C, lekki wiatr
Koninka dzisiaj szła nieco leniwie przez wieś. Nie wzruszały jej ani psy ani samochody. Stukała kopytkami w asfalt, lekko machała głową na boki, ogonem trochę bardziej. Po dojeździe do lasu chętnie ruszyła przed siebie. Pierwsze zatrzymanie było przed strumykiem, który zniknął. I to zastanowiło mojego konia. Ale poszła, dwa kroki i byłyśmy na drugim brzegu. Następnie luźny kłusik, świetnie się prowadziła na balans, wodze miałam w jednej ręce. Uwielbiam ją taką. Widać było, że wyjazd w teren sprawia jej przyjemność, że jest zrelaksowana.
Dojechałyśmy do łąk gdzie było zatrzęsienie końskich much i innego latającego badziewia. w związku z tym kobyłka chętnie pokłusowała, a wyciągała nogi jak do dorożkarskiego kłusa. Hucuł musiał za nami galopować, więc przytrzymałam Norę, żeby dać maluchowi szansę.
Postanowiłam jechać ścieżką na skróty, bo okolica porządnie obeschła i nie było obaw, że utkniemy w błocie. Ścieżkę rozjeździły quady, złamały się też nad nią dwa drzewa. Obie rzeczy skutecznie utrudniały przejazd. Musiałam zsiąść z Norki bo ledwo z siodłem mieściła się pod złamanymi konarami. Natomiast jadąc tą ścieżką zaoszczędziłyśmy dobre 20-30 minut.
Potem było z górki. lajtowo przez las, chociaż ze względu na słabą kondycję towarzyszy ograniczyłyśmy się do niewielkich galopów. Świetnie szła dzisiaj, "pod górę". Lekki przód, galop był okrągły, zrównoważony. Co jakiś czas niestety się płoszyła nie wiadomo czego. Czasem ma takie dni, niespecjalnie się tym przejmuję.
Dojechałyśmy nad jeziorko i bez problemu wjechała do wody. Postała w niej kilkanaście minut oczywiście grzebiąc kopytami. Nie chciała pić, zresztą dojechała tylko minimalnie spocona mimo sporego upału. Przez chwilę miałam wrażenie,że ma ochotę się położyć więc nieco pobrodziłyśmy. Na koniec poprosiłam ją o wspięcie. Zrobiła przyzwoite wspięcie w dość głębokiej wodzie. To było poważne zadanie, ale wykonała je bez najmniejszego buntu. Generalnie była w tym jeziorze na totalnym relaksie. Żałowałam, że nie zabrałam dziś pulsometru. Byłam bardzo ciekawa jakie miała tętno stojąc w jeziorku. Ostatnio była mocno pobudzona, a dziś miałam wrażenie, że było w okolicach 60 uderzeń, więc prawie spokój.
Powrót był nieco bardziej dynamiczny bo wiadomo, do domu, na kolację się niektórym spieszyło. Nie chciała mi też zagalopować na lewo. Zatrzymałam się na małej polance by zagalopować ją z koła. Zagalopowała po czym po kilku krokach, niby skacząc nad korzeniem, zmieniła nogę na prawą. Próbowałam jeszcze dwa razy zagalopować na lewo i znowu się udało, ale po jakimś czasie sobie znowu zmieniła na prawą. W końcu ja na łące przegalopowałam. Świetnie szła doskonale podstawiona. Stabilna na wodzy, luźna, a jednocześnie niezwykle dynamiczna. Dawno nie miałam takiego galopu. Bez problemu można to było wysiedzieć a to świadczy o tym, że pracowała grzbietem wzorowo. Bo Nornica ma problemy z grzbietem i gdy nim nie pracuje, to nie sposób wysiedzieć galop.
Powrót do stajni przez wieś był żwawy, chociaż to i tak tylko oględne określenie. Zasuwała jak dzika. Wyciągała nogi jak na konkursie ujeżdżenia.
Jestem z niej dumna, z jej spokoju i opanowania. Patrząc na inne konie, widzę ile pracy włożyłam by osiągnąć ten poziom.
Podsumowanie dzisiejszego terenu:
Dystans: 19,67 KM
Czas: 2:41:53
Prędkość średnia: 7 km/h
Prędkość maksymalna: 21 km/h
Pogoda: temp. 35 st. C, lekki wiatr
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Nasze początki i Antek-uzdrowiciel
Dzisiaj konica ma spokój. Odpoczywa bo upał koszmarny i nie miałam sumienia męczyć ani jej ani siebie. Także dziś kilka słów o Norce.
Jak wspomniałam to koń polski gorącokrwisty szlachetnej półkrwi. Gdy ją zobaczyłam pierwszy raz nie wyglądała ani szlachetnie ani gorącokrwiście. Powiedziałabym że zimnokrwiście i opasowo. Nikt na niej nie jeździł bo była szalona. Jako, że właściciele nie bardzo byli w stanie sobie z nią poradzić, toteż ją zaźrebili. Źrebaka norkowego pokażę Wam inną razą.
Tak więc Nora chodziła sobie przez ponad 3 lata po pastwiskach i nie widziała przez ten czas ani zgrzebła, ani szczotki ani grzebienia. Prawdopodobnie miała piękną długa grzywę i bujny ogon, ale trudno było to jednoznacznie określić, bo były poupinane finezyjnie w strąki owocami łopianu.Tu i ówdzie sterczały dredy, których spoiwem był brud.
Konica utykała na lewą tylną nogę. Nie było mowy by tą nogę obejrzeć, bo nikt jej nóg nie podnosił latami. Kopała, szarpała się, a życie było mi miłe. Gdy przejęłam opiekę nad końmi, w tym nad Norką, zarządziłam sprowadzenie weterynarza. Teoretycznie banalna sprawa, tyle że weterynarz który urzęduje w okolicy, boi się koni! Załatwiłam więc lokalnego szamana, właściwie to starego rolnika. ten to miał podejście, Norka stała przy nim jak zahipnotyzowana. Po chwili Antek, bo tak miał na imię rolnik, poprosił o denaturat. Najpierw solidnie łyknął, a potem trochę wylał na dłoń i natarł obie tylne pęciny.Od słowa do słowa i okazało się, że w prawa tylną nogę Norce wbił się kawałek ostrego badylka w skórę i wywołał stan zapalny. Konina odciążała prawa tylna nogę i w ten sposób przeciążyła lewy tył, na który dość wyraźnie zaczęła znaczyć. Stan zapalny w prawej tylnej nodze praktycznie sam się zagoił, a to przeciążenie zostało. Więc posmarował obie nogi i kazał to powtórzy przed dwa kolejne dni. I trzy dni później Nornica przestała utykać.I wtedy obudził się w niej temperament. Na zdjęciu poniżej, Nora jeszcze utykająca.
Ale wróćmy do Antka.Zapytałam go, ile się nalezy za pomoc. A on że nic, że to drobiazg, ale żeby mu dac na ćwiartkę. A właściwie to na pół litra. Dałam mu dwie dychy, a ten cały szczęśliwy chciał już iść. Zaproponowałam Antkowi jednak herbatę, bo jakoś tak głupio mi było. Antek nie bardzo chciał w ogóle wejść do domu, ale dał się przekonać. Pracownicy, którzy wówczas zajmowali się stajnią i domem byli przeciwni by antek wszedł do domu. Nie przejęłam się tym jednak. Antek nie chciał wejść do jadalni, usiadł w kuchni przy stole. Była jesień, listopad. Chłodno na zewnątrz, a w domu ciepło. Antek zaczął zdejmować z siebie kolejne rzeczy. Kurtkę, kufajkę, jeden sweter, drugi sweter... po chwili już wiedziałam dlaczego tak niechętnie wchodził do domu oraz czemu pracownicy patrzyli na mnie jak na idiotkę. Całą kuchnię a po chwili parter domu wypełnił, co tu dużo mówić, smród! To był horror. Gdy Antek wyszedł był pomysł by spalić krzesło. Nastąpiło oczywiście totalne wietrzenie domu. Po prawie pól godzinie wietrzenie zakończyło się sukcesem.
Następnego dnia Antek przyjechał wozem, żeby zobaczyć jak Nornica i znowu dostać na flaszkę, oprócz tego cieszył się bardzo, bo nie chciał mówić dzień wcześniej tego, ale dzięki nam to on sweter znalazł. Pół roku go szukał, a cały czas na sobie go miał...
Jak wspomniałam to koń polski gorącokrwisty szlachetnej półkrwi. Gdy ją zobaczyłam pierwszy raz nie wyglądała ani szlachetnie ani gorącokrwiście. Powiedziałabym że zimnokrwiście i opasowo. Nikt na niej nie jeździł bo była szalona. Jako, że właściciele nie bardzo byli w stanie sobie z nią poradzić, toteż ją zaźrebili. Źrebaka norkowego pokażę Wam inną razą.
Tak więc Nora chodziła sobie przez ponad 3 lata po pastwiskach i nie widziała przez ten czas ani zgrzebła, ani szczotki ani grzebienia. Prawdopodobnie miała piękną długa grzywę i bujny ogon, ale trudno było to jednoznacznie określić, bo były poupinane finezyjnie w strąki owocami łopianu.Tu i ówdzie sterczały dredy, których spoiwem był brud.
Konica utykała na lewą tylną nogę. Nie było mowy by tą nogę obejrzeć, bo nikt jej nóg nie podnosił latami. Kopała, szarpała się, a życie było mi miłe. Gdy przejęłam opiekę nad końmi, w tym nad Norką, zarządziłam sprowadzenie weterynarza. Teoretycznie banalna sprawa, tyle że weterynarz który urzęduje w okolicy, boi się koni! Załatwiłam więc lokalnego szamana, właściwie to starego rolnika. ten to miał podejście, Norka stała przy nim jak zahipnotyzowana. Po chwili Antek, bo tak miał na imię rolnik, poprosił o denaturat. Najpierw solidnie łyknął, a potem trochę wylał na dłoń i natarł obie tylne pęciny.Od słowa do słowa i okazało się, że w prawa tylną nogę Norce wbił się kawałek ostrego badylka w skórę i wywołał stan zapalny. Konina odciążała prawa tylna nogę i w ten sposób przeciążyła lewy tył, na który dość wyraźnie zaczęła znaczyć. Stan zapalny w prawej tylnej nodze praktycznie sam się zagoił, a to przeciążenie zostało. Więc posmarował obie nogi i kazał to powtórzy przed dwa kolejne dni. I trzy dni później Nornica przestała utykać.I wtedy obudził się w niej temperament. Na zdjęciu poniżej, Nora jeszcze utykająca.
![]() |
| Nora na łąkach mazurskich |
Następnego dnia Antek przyjechał wozem, żeby zobaczyć jak Nornica i znowu dostać na flaszkę, oprócz tego cieszył się bardzo, bo nie chciał mówić dzień wcześniej tego, ale dzięki nam to on sweter znalazł. Pół roku go szukał, a cały czas na sobie go miał...
Etykiety:
jazdy,
jeździectwo,
klacz,
konie,
nora,
pastwiska,
pęcina,
uzdrowiciel,
weterynarz,
zapalenie
czwartek, 25 lipca 2013
Początki
Dzień dobry Państwu! Niektórzy z Was pewnie mnie znają, inni dopiero będą mogli poznać cząstkę mnie poprzez pryzmat tych notatek oraz innych moich działalności o których tu będę wspominać.
Nie jest to mój jedyny blog, natomiast postanowiłam w końcu zacząć tu spisywać różne moje spostrzeżenia jeździeckie, gdyż od wielu lat prowadzę notatki z treningów z moim koniem o którym za chwilkę.
Bardzo często trafiam na ciekawe filmy lub wpisy dotyczące tej pięknej dyscypliny sportu, niestety pojawiają się i znikają bo zwykle nie notuję ich nigdzie. Ten blog będzie miejscem gdzie będę zapisywać spostrzeżenia i ciekawostki wypatrzone w internecie. Nareszcie wszystko w jednym miejscu!
Kim jestem pewnie byście chcieli wiedzieć. Jestem sobie jeździec rekreacyjny. Jeżdżę od 2007 roku gdy to w 27 wiośnie życia postanowiłam spełnić swoje odwieczne marzenie - jeździć konno. Początki jak zapewne każdy jeździec pamięta, były bolesne. Nawet bardzo bolesne. Po pierwszych lonżach okazało się, że mam mięśnie o których istnieniu nie wiedziałam. Niezwykłym odkryciem było to, że mięśnie te mogą boleć w sposób zwalający z nóg. Jednak z każda lekcją ból stawał się coraz słabszy. Wtedy też okazało się, że mięśni to mam więcej niż sądziłam. Sadło się wytopiło ukazując całkiem niezły kaloryfer. Po wielu miesiącach regularnych jazd 2-3 razy w tygodniu sylwetka wysmuklała, a dręczące mnie bóle pleców zniknęły. Bolał za to tyłek od upadków, a duma sponiewierana schowała się w najdalszych zakątkach duszy. Nagle okazało się, że nie wszystkiego da się nauczyć szybciej, niezależnie ile książek przeczytałam, ile sobie wizualizowałam i ile ćwiczyłam w domu, dupogodziny* to dupogodziny.
Początki edukacji opiszę dokładnie później. Przedstawmy resztę dream teamu.
Nora, to moja dzielna rumaczyca, rasy sp. Dla niewtajemniczonych, to polski koń szlachetny półkrwi. Szlachetna to ona nawet bywa. bardziej z budowy niż z charakteru. Kokietuję swoimi długimi nogami, ustawia się przodem do głowieka, opuszcza nieco łeb. Wie, że wtedy bydaje się delikatniejsza, smuklejsza. Jednak natury nie oszukasz. Pieknie ją podsumował dr Dziekański wchodząc do jej boksu by jej zrobić zęby. Spojrzał na głowę a następnie nad grzbietem na okrągły zad i powiedział: a tak niewinnie się zaczyna...
Nora zwana Norką, Nornicą, a ostatnio Afganką. Czasem Koniną a czasem Mendą Mazurską. Swego czasu Burek Mazurski. Jest koniem dominujących, wrażliwym. Obraża się jak każda kobieta, ma swoje humory. Skacze niezwykle chętnie. Często ogrodzenia padoków, zwykle jednak ukierunkowuję te zdolności na przeszkody. Brzydzi się błotem. Rozpływa się podczas czesania grzywki, wścieka przy czyszczeniu prawej łopatki. Wzdycha przy dodaniach, warczy i burczy gdy nie pozwalam jej zagalopować, podczas gdy ona chce galopować tu i teraz! To kobyła z wadami budowy w postaci łękowatego grzbietu. Ma krótka masywną szyję i przebudowany zad. Ale nie ma szybszego konia w stajni!
Notatek mam całe mnóstwo. Pierwsze pochodzą z 2009 roku. Ostatnie są z przedwczoraj. Muszę to jakoś ogarnąć, żeby to co tu pisze miało trochę ładu i składu. Będę publikować na bieżąco, a od czasu do czasu dorzucę coś historycznego. Tymczasem odpalam wrotki do stajenki bo wybieramy się dziś w teren przewietrzyć zawory.
* - jednostka czasu będąca funkcją wytłuczenia tyłka w siodle i bez siodła oraz czasu.
Nie jest to mój jedyny blog, natomiast postanowiłam w końcu zacząć tu spisywać różne moje spostrzeżenia jeździeckie, gdyż od wielu lat prowadzę notatki z treningów z moim koniem o którym za chwilkę.
Bardzo często trafiam na ciekawe filmy lub wpisy dotyczące tej pięknej dyscypliny sportu, niestety pojawiają się i znikają bo zwykle nie notuję ich nigdzie. Ten blog będzie miejscem gdzie będę zapisywać spostrzeżenia i ciekawostki wypatrzone w internecie. Nareszcie wszystko w jednym miejscu!
Kim jestem pewnie byście chcieli wiedzieć. Jestem sobie jeździec rekreacyjny. Jeżdżę od 2007 roku gdy to w 27 wiośnie życia postanowiłam spełnić swoje odwieczne marzenie - jeździć konno. Początki jak zapewne każdy jeździec pamięta, były bolesne. Nawet bardzo bolesne. Po pierwszych lonżach okazało się, że mam mięśnie o których istnieniu nie wiedziałam. Niezwykłym odkryciem było to, że mięśnie te mogą boleć w sposób zwalający z nóg. Jednak z każda lekcją ból stawał się coraz słabszy. Wtedy też okazało się, że mięśni to mam więcej niż sądziłam. Sadło się wytopiło ukazując całkiem niezły kaloryfer. Po wielu miesiącach regularnych jazd 2-3 razy w tygodniu sylwetka wysmuklała, a dręczące mnie bóle pleców zniknęły. Bolał za to tyłek od upadków, a duma sponiewierana schowała się w najdalszych zakątkach duszy. Nagle okazało się, że nie wszystkiego da się nauczyć szybciej, niezależnie ile książek przeczytałam, ile sobie wizualizowałam i ile ćwiczyłam w domu, dupogodziny* to dupogodziny.
Początki edukacji opiszę dokładnie później. Przedstawmy resztę dream teamu.
Nora, to moja dzielna rumaczyca, rasy sp. Dla niewtajemniczonych, to polski koń szlachetny półkrwi. Szlachetna to ona nawet bywa. bardziej z budowy niż z charakteru. Kokietuję swoimi długimi nogami, ustawia się przodem do głowieka, opuszcza nieco łeb. Wie, że wtedy bydaje się delikatniejsza, smuklejsza. Jednak natury nie oszukasz. Pieknie ją podsumował dr Dziekański wchodząc do jej boksu by jej zrobić zęby. Spojrzał na głowę a następnie nad grzbietem na okrągły zad i powiedział: a tak niewinnie się zaczyna...
Nora zwana Norką, Nornicą, a ostatnio Afganką. Czasem Koniną a czasem Mendą Mazurską. Swego czasu Burek Mazurski. Jest koniem dominujących, wrażliwym. Obraża się jak każda kobieta, ma swoje humory. Skacze niezwykle chętnie. Często ogrodzenia padoków, zwykle jednak ukierunkowuję te zdolności na przeszkody. Brzydzi się błotem. Rozpływa się podczas czesania grzywki, wścieka przy czyszczeniu prawej łopatki. Wzdycha przy dodaniach, warczy i burczy gdy nie pozwalam jej zagalopować, podczas gdy ona chce galopować tu i teraz! To kobyła z wadami budowy w postaci łękowatego grzbietu. Ma krótka masywną szyję i przebudowany zad. Ale nie ma szybszego konia w stajni!
Notatek mam całe mnóstwo. Pierwsze pochodzą z 2009 roku. Ostatnie są z przedwczoraj. Muszę to jakoś ogarnąć, żeby to co tu pisze miało trochę ładu i składu. Będę publikować na bieżąco, a od czasu do czasu dorzucę coś historycznego. Tymczasem odpalam wrotki do stajenki bo wybieramy się dziś w teren przewietrzyć zawory.
* - jednostka czasu będąca funkcją wytłuczenia tyłka w siodle i bez siodła oraz czasu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















