Jak fantastycznie jest wsiąść na konia w taki piękny dzień jak dziś. Świeciło słoneczko, było kilkanaście stopki, a ja szalałam sobie na łące.
Konina znowu miała problem z oparciem na wędzidle, ale odpracowałam to i potem była rewelacyjna. Pracowałam z nią kilkanaście minut na przejściach ale z położeniem nacisku na stęp zebrany. Niestety wtedy najczęściej próbuje się chować za wędzidło, traci kontakt, spina się, w końcu zaczyna caplować. Każda mocniejsza łydka prowokuje ją do zakłusowania. Jednak spokój i powtórzenia doprowadziły do tego, że szła tańcząc pode mną grzbietem.
Niestety rozpirzone są przejścia na kontakcie. Tu z kolei nauczyła się wychodzić nad wędzidło. Koszmar! Przez to grzbiet się zapada, a przejścia są z mało zaangażowanym zadem. Nieco pomagają cofnięcia. Zatrzymanie robi wtedy jak trzeba, oparta. Ale rusza wyrywając łeb w górę. Tu niestety pokutuje brak kontaktu u Moniki. Mam nadzieję, że teraz gdy mam więcej czasu na swoje jazdy, odpracuję to i będzie jak należy.
Konina złapała kondycję, a słońce i przestrzeń nastroiły ją do szaleństw. Była wyrywna do roboty, do pędzenia. Zamieniłam to w ruch do przodu. robiła świetne chody boczne. Była jak z gumy. Nie przeszkadzały jej absolutnie ani trawa ani błoto ani nierówności. Zagalopowania rewelacyjne! Gorzej było z przejściami do kłusa. Gdy się rozpędziła to ciężko ją było zatrzymać. Jednak dużo ćwiczeń i zmian spowodowały, że chętniej przechodziła do kłusa. Ma niestety tendencje do usztywniania się, ale jest już coraz lepiej. Jest szansa na płynne przejścia w rozluźnieniu.
Słabo reagowała w galopie na łydkę do zaokrąglenia. Niezależnie, czy galop był w pełnym siadzie czy w półsiadzie, Nora była na nie.
Na koniec roboty przekłusowałam ją na luźnej wodzy, a potem poczłapałyśmy na spacer w najdalsze zakątki pastwisk i łąk. Jakie było moje zdziwienie, gdy kilkadziesiąt metrów od nas poderwały się do lotu żurawie. Odleciały kilkanaście metrów i usiadły. Jednak gdy przypatrzyły się nam, że jednak nie jesteśmy łosiem, postanowiły zdezerterować całkowicie.
Spacerek był przyjemny, potem jej poluzowałam popręg, zsiadłam i pozwoliłam popaść chwilę. Potem do stajni, rozsiodłanie, marchewki i poszłyśmy na trawę w drodze na halę. A na hali poprosiłam ją by się położyła. Wiedziała, że mam dla niej marchewkę jeszcze. Położyła się raz jak należy, ale potem zaczęła kombinować. Bo przecież zawsze raz jej każe się kłaść. I dlatego właśnie dzisiaj położyłam ją drugi raz. Machnęła się na glebę jak wariatka. Aż łupnęło. Zadowolona poszła jeszcze na trawę, właściwie resztki trawy. I na padok.
Ach, och... no fantastyczna dziś była jazda.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konna. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 listopada 2013
Ach jak cudownie...
piątek, 27 września 2013
Wypad nad morze - Bobolin welcome to!
Urlopowałam się przez ostatnie 1,5 tygodnia. Oto jednak wróciłam i będę na bieżąco referować co się u nas dzieje. Póki co nie za bardzo mogę wsiąść na Norę bo mam sporą ranę po wewnętrznej stronie kolana. Nie ma to jak wsiąść w niewygodne, źle wyjeżdżone siodło i się zmasakrować. Potem dorobiłam sobie kilka ran powierzchownych pod kolanem odrywając plaster. Kto by pomyślał, że może tak mocno trzymać, że odezwę go razem z dość grubą warstwą naskórka.
Pomysł wyjazdów zrodził się w kwietniu w trakcie wiosennego rajdowania, które organizuję co roku. Dziewczęta-rajdowniczki marzyły o galopach po plaży i wtedy im pokazałam im ten film:
Wtedy Robert, mąż jednej z koleżanek stwierdził, że to fajne, ale galopy powinny być w zwolnionym tempie. Mówisz i masz:
Dziewczynom oczy się zaświeciły. Robertowi szczęka opadła. I wtedy już było przesądzone. Powiedziałam towarzystwu, że mogę im zorganizować taki wyjazd we wrześniu. Dziewczyny zatupały z radości, Robert usiadł głębiej na kanapie i z lekka zwątpił. Dla niego wyjazd Ani nad morze, na konie, wiązał się z kilkoma godzinami dziennie sam na sam z ich synkiem, który ma niespożyte pokłady energii.
Udało mi się, w Bobolinie załatwić domek w dobrej cenie oraz dograć kwestie karnetów. I tak to 19 września nad morze ściągnęła silna ekipa pod wezwaniem. 4 dziewczyny jeżdżące konno rzadziej lub częściej oraz dwie i pół osoby nie mające zbyt wiele wspólnego z końmi.
W dniu przyjazdu był tylko relaks i picie wina, natomiast od piątku wzięliśmy się ostro za jazdę. O 11 zameldowaliśmy się w stajni by wybrać się na 1,5 godziny na galopy po plaży. Jadąc do Bobolina przyświecało mi założenie, by jeździć za każdym razem na innym koniu. W piątek dostałam do jazdy Nunę. Karą, niewielka o niezwykle żeńską folblutkę. Znałam ją przed 4 lat gdy to zaliczyłam na niej pierwsze galopy po plaży. Klaczka te kilka lat temu była koniem nieprzyjemnym w obsłudze z ziemi, ale teraz się to zmieniło. A w terenie to rakieta. Ma niezwykłą równowagę i serce do galopu. Ładnie się też opiera na wędzidle, nie rzuca łbem co niestety jest domeną koni w Bobolinie. Jednak czego się spodziewać w sytuacji gdy w sezonie, co chwila jeździ na tym koniu ktoś inny.
Nuna pięknie mnie wiozła, ale jej siodło to istna porażka. Wysiedziane na tylnym łęku przez co łydka ucieka do przodu. Ilekroć ją przesuwałam do tyłu, to traciłam równowagę w siodle. W efekcie po kilkunastu minutach czułam, że coś złego się dzieje z moją skórą na wysokości kolana. Po powrocie zobaczyłam wielką, sączącą się ranę. Nigdy w życiu nie miałam otarcia, którego bym się nabawiła na koniu. jak widać, kiedyś musi być ten pierwszy raz.
Po tym w terenie też wiedziałam, że trzeba zakładać okulary sportowe bo piasek trzaskał spod kopyt konia jadącego przede mną. Mimo wszystko za każdym razem wracając z terenu piasek miałam nawet w staniku, mimo iż byłam pozapinana pod szyję.
Pogoda była przez pierwsze 3 dni fantastyczna. Słoneczko, wręcz lampa. Temperatury rzędu 18 stopni, ale w słońcu można było w krótkim rękawku siedzieć. Wieczorami na plaży jednak było już chłodno i trzeba było się ubrać cieplej, osłaniać przed wiatrem.
Chwilowo tyle, wkrótce dalszy ciąg relacji z Bobolina.
Pomysł wyjazdów zrodził się w kwietniu w trakcie wiosennego rajdowania, które organizuję co roku. Dziewczęta-rajdowniczki marzyły o galopach po plaży i wtedy im pokazałam im ten film:
Wtedy Robert, mąż jednej z koleżanek stwierdził, że to fajne, ale galopy powinny być w zwolnionym tempie. Mówisz i masz:
Dziewczynom oczy się zaświeciły. Robertowi szczęka opadła. I wtedy już było przesądzone. Powiedziałam towarzystwu, że mogę im zorganizować taki wyjazd we wrześniu. Dziewczyny zatupały z radości, Robert usiadł głębiej na kanapie i z lekka zwątpił. Dla niego wyjazd Ani nad morze, na konie, wiązał się z kilkoma godzinami dziennie sam na sam z ich synkiem, który ma niespożyte pokłady energii.
Udało mi się, w Bobolinie załatwić domek w dobrej cenie oraz dograć kwestie karnetów. I tak to 19 września nad morze ściągnęła silna ekipa pod wezwaniem. 4 dziewczyny jeżdżące konno rzadziej lub częściej oraz dwie i pół osoby nie mające zbyt wiele wspólnego z końmi.
W dniu przyjazdu był tylko relaks i picie wina, natomiast od piątku wzięliśmy się ostro za jazdę. O 11 zameldowaliśmy się w stajni by wybrać się na 1,5 godziny na galopy po plaży. Jadąc do Bobolina przyświecało mi założenie, by jeździć za każdym razem na innym koniu. W piątek dostałam do jazdy Nunę. Karą, niewielka o niezwykle żeńską folblutkę. Znałam ją przed 4 lat gdy to zaliczyłam na niej pierwsze galopy po plaży. Klaczka te kilka lat temu była koniem nieprzyjemnym w obsłudze z ziemi, ale teraz się to zmieniło. A w terenie to rakieta. Ma niezwykłą równowagę i serce do galopu. Ładnie się też opiera na wędzidle, nie rzuca łbem co niestety jest domeną koni w Bobolinie. Jednak czego się spodziewać w sytuacji gdy w sezonie, co chwila jeździ na tym koniu ktoś inny.
Nuna pięknie mnie wiozła, ale jej siodło to istna porażka. Wysiedziane na tylnym łęku przez co łydka ucieka do przodu. Ilekroć ją przesuwałam do tyłu, to traciłam równowagę w siodle. W efekcie po kilkunastu minutach czułam, że coś złego się dzieje z moją skórą na wysokości kolana. Po powrocie zobaczyłam wielką, sączącą się ranę. Nigdy w życiu nie miałam otarcia, którego bym się nabawiła na koniu. jak widać, kiedyś musi być ten pierwszy raz.
Po tym w terenie też wiedziałam, że trzeba zakładać okulary sportowe bo piasek trzaskał spod kopyt konia jadącego przede mną. Mimo wszystko za każdym razem wracając z terenu piasek miałam nawet w staniku, mimo iż byłam pozapinana pod szyję.
Pogoda była przez pierwsze 3 dni fantastyczna. Słoneczko, wręcz lampa. Temperatury rzędu 18 stopni, ale w słońcu można było w krótkim rękawku siedzieć. Wieczorami na plaży jednak było już chłodno i trzeba było się ubrać cieplej, osłaniać przed wiatrem.
Chwilowo tyle, wkrótce dalszy ciąg relacji z Bobolina.
Subskrybuj:
Posty (Atom)