Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nora. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 października 2013

Wspaniała trójka

Dzisiejszy dzień upływa pod znakiem zakwasów. Wczorajsze przeciągnięcie w terenie musiało się dziś zemścić na mnie. Ale poruszałam się w trakcie jazdy z Moniką i nieco mi lepiej. A z Moniką dzisiaj pracowałyśmy sobie nad dosiadem i dobrym usadzeniem w siodle. Było trochę gimnastyki, galopy bez strzemion. Był dobry półsiad. Konina zaczęła się rozluźniać i stabilnie opierać na wędzidle. Mamy niezły materiał wyjściowy do dalszej pracy.

W trakcie czyszczenia odczuliłam Norkę na kota. Kot miział się do jej łopatki, kładł łapki na szyi, aż w końcu posadziłam go w siodle. Był zadowolony do czasu jak postanowił przespacerować się po szyi koniny. Szyja, a właściwie jej grzbiet był jednak zbyt wąski i strony i kocina zeskoczyła. Kon był jednak całkiem spokojny choć łypał na intruza.

Wspaniała trójka
Dobrze było się oderwać od świata i pobyć w stajni. Wyjrzało słoneczko, było ciepło. Koncentrując się na jeździe z Moniką całkowicie zapomniałam o problemach i nieprzyjemnościach.

Jutro Nora będzie miała wolne. Chyba że coś by się zmieniło w moich planach. Plan jednak jest by jutro odpoczęła sobie od nas. W środę wsiadam i działam ujeżdżeniowo. W czwartek może zaszaleję ze stacjonatami i okserami. O ile bedę miała siły, bo jeśli nie to... nie poskaczę :)

A w piątek Monika się znowu pobawi. Musze wymyślić jej nowe zadania do wykonania, hihi.

czwartek, 3 października 2013

Mamut przepotworny i Nora cuduje

Wczoraj Norka miała dzień wolny, a ja dla odmiany niezwykle pracowity. Dzisiaj i konina i ja się spracowałyśmy. Aby oderwać się na chwile od obowiązków zawodowych pojechałam do stajni z myślą o krótkim treningu.

Jakie było zdziwienie gdy w boksie Norki zobaczyłam mamuta. Mamuta, który się wytarzał najpierw w błocie, a potem piaseczku i słomie. Zatkało mnie, ale postanowiłam zaryzykować i okiełznać bestię. Bestia łypnęła na mnie okiem, które wyglądało znajomo. Coś jakby norkowe, ale zamiast otaczającego go brązowego futerka, oko lśniło pośród grud błota. Cyknęłam dwa razy, mamut ustawił się do wymarszu z boksu. Powoli odsunęłam wrota boksu, czając się za kratami. Nigdy nie wiadomo czy taka bestia nie zionie ogniem, czy choćby nie plunie. Potwór spuścił głowę i oczekiwał na mój ruch. Powolutku, pomalutku, jak żółw ociężale... wysunęłam rękę w kierunku sterty kłaków, która mogła być głową. Przypuszczenie to wysnułam na podstawie dwóch większych kęp kłaków kręcących się na boki. To najprawdopodobniej były uszy. Długie, niby ośle, zakończone pędzelkami futra jak u rysia. Pośród kęp mahoniowo-brązowego futra dostrzegłam błękit jakiejś tkaniny a może paska parcianego. Szybkie spojrzenie w oczy bestii, wstrzymałam oddech... to było ryzykowne posunięcia, a co jeśli potwór potraktuje moje spojrzenie jako wyzwanie? Na szczęście mamut drzemał w oczekiwaniu na mój kolejny ruch. A może tylko czekał na chwilę mojej nieuwagi? Serce mi waliło, oddech się spłycił. Szybkim wymachem zapięłam karabińczyk na jakimś metalowym elemencie połyskującym tuż obok błękitnawej taśmy. Stwór uchylił nieco powiekę i spojrzał na mnie. Właściwie to łypnął i... opuścił powiekę. Jego czujność zdradziły tylko lekko drżące kłaczki na uszach. Zakradłam się ku wyjściu ze stajni. Powoli, delikatnie, po cichutku wypuszczałam linkę uwiązu. Kosmata bestia trwała niczym posąg. I nagle! Otworzyła ślipia i podniosła łeb do góry. Jednym susem przesadziłam próg stajni potykając się o swoje nogi, wyskoczyłam przed budynek. Oczywiście w tej panice szarpnęłam linkę, która napięła się . Karabińczyk zabrzęczał. Czy wytrzyma? Czy rozsypie się w drobny mak, a bestia uwolniona boksu rzuci się ku wolności, traktując mnie przy okazji? Poczułam opór. Karabińczyk trzeszczał, lina piszczała napięta do granic możliwości. Srebrzysta nić przeplotu rozgrzała się niczym żelazo. A kosmate bydlę rozejrzało się po czym leniwie przestawiło przednią gicz nad progiem stajni. Zmroziło mnie, a nogi się pode mną ugięły, bo bestia otworzyła paszczę. Górna warga się podwinęła, dolna opadła, a paszcza wykrzywiła się w dziwnym grymasie. Czarne ślepia zniknęły pośród kłaków. O matko, to musi być jakaś transformacja. Stwór się przepoczwarzy w coś na prawdę potwornego, przy czym i obcy i predator to małe pikusie, które mogą wybierać pchły z futra bestii. Paszcza stwora rozwarła się, a bokiem wypadł język. Z głębi trzewi doszły mnie dźwięki przerażające. Coś jakby stęknięcie i westchnięcie jednocześnie. Tylna szkita się wyciągnęła ku tyłowi. Drżałam i przykucnęłam z wrażenia. Oczekiwałam nieoczekiwanego... Mamut przestąpił próg stajni i stanął przede mną. Zerknął na mnie wyczekująco. Stąpając niczym Szpieg z Krainy Deszczowców zbliżyłam się do rury na myjce. Szybko zawiązałam węzeł bezpieczny. Kosmacz odprowadził mnie wzrokiem, nie wykazał większego zainteresowania. Czyżbym była zbyt marnym kąskiem na obiad? Może nie było toto głodne. Fakt, że niby popołudnie, ładna jesienna pogoda, a w stajni pusto. Tak, teraz już byłam pewna. Obcy pożarł ludzi kręcących się po stajni i po prostu nie był głodny. Byłam uratowana!
Przepotworny stwór mamuci

Złapałam szczotkę i postanowiłam wkraść się w łaski bestii. Miziu miziu szczotką po pleckach, po szyi. Kto nie lubi takich zabiegów. Jakieś było moje zdziwienie, gdy dławiona kaszlem od piasku, płacząca oczami podrażnionymi kurzem, nagle dostrzegłam że spod zwałów futra oklejonego błotem wyłania się coś jakby koń. Im dłużej czyściłam, tym bardziej to było podobne do MOJEGO konia!

Koń. Mój.

A teraz do sedna. Konica była naładowana. Przeogromnie nabuzowana, elektryczna, ale chętna do roboty jak już dawno nie była. Od samego początku treningu bardzo ładnie pracowała. Tak ładnie, że postanowiłam szlifować przejścia oraz dodania i skrócenia. W kłusie, skracając ją bardzo bardzo, a jednocześnie dopychając ją łydką i popędzając wydając odgłosy paszczą, konina zaczęła robić pasaże a momentami piaffy. Oczywiście to tak szumnie powiedziane, ale dzięki temu wiadomo czego się doszukiwać w filmie poniżej.



Nauczona jej wcześniejszymi wyczynami, po kilku krokach maksymalnego skrócenia posyłam ją do przodu. Niestety najlepsze momenty nie zostały uwiecznione z banalnego powodu. Były na samym początku. A gdy wpadłam na pomysł by to wszystko uwiecznić to już nam nie szło zbyt dobrze. Na końcu widać jak po prostu zabrakło pary. Gdy nie ma pary to koń nie idzie, nie podnosi nóg.

Po tych ćwiczeniach Nornica mnie przewiozła. Poniosła w galopie na ujeżdżalni. po kilku okrążeniach odpuściła i dała szansę na zatrzymanie jej. Potem było raz lepiej raz gorzej. Udało się zrobić kilka lotnych zmian, ale usztywniała się dziś bardzo szybko. No i przez to wszystko robota była utrudniona. Na filmie też widać jak się napala skróceniami i zadziera łeb. Nie przejmuję się tym zbytnio. Wiem, że po kilku tygodniach ćwiczę od czasu do czasu, ułoży sobie w główce o co chodzi z tym ćwiczeniem. Przestanie się usztywniać i wtedy będzie mi łatwiej dawać jej sygnały, a ona się szybciej skoncentruje na wykonaniu ćwiczenia.


poniedziałek, 30 września 2013

Monikowy trening numero uno!

Dzisiaj na Nornicę wsiadła Monika. Moja noga wczoraj się rozpadła. Żartuję. Zdarł się strup i się chciałam wykrwawić kolanem w trakcie jazdy. Ciemne bryczesy skutecznie zamaskowały wszelkie ślady wykrwawiania się, a przejęta koniem, jazdą i piękną pogodą nie zwróciłam uwagi na ból. Dzisiaj w związku z tym nie miałam w planie wsiadać. Dopuszczałam taką ewentualność gdyby Monika miała jakieś problemy.

Powiedziałam Monice, że Nora będzie ją sprawdzać i żeby się nie dała zastraszyć kobyle. I tak się stało. Póki był stęp to Nornica człapała, ale przy prośbie o kłus, Norka zaczęła swoje podrygi, pseudopobrykiwania. Monika usiadła głębiej w siodło i łyda i głosem musztruje Nornicę, aż w końcu machnęła batem i Norka ruszyła kłusem. Aj jaka była zła. Jak to możliwe, że ta niewielka istota na jej grzbiecie tego dokonała. Nora pewnie do tej pory nad tym duma.
Dziewczyny się zapoznają w pięknych okolicznościach przyrody

Rozprężenie Nornicy
Z początku Nora szła jakby chciała, a nie mogła, jednak Monice udało się ją rozbujać. Żeby koń się bardziej skoncentrował na Monice, zarządziłam pracę na przejściach. Monika bardzo sprawnie sobie radziła. Konina była coraz bardziej zdziwiona, próbowała Monikę wozić, schodzić ze ścian, ale Monika sprawnie sobie z tym radziła. Jak na osobę, która siedziała pierwszy raz na tym koniu (pierwszy raz to była jazda próbna, krótka i z marnymi efektami), poradziła sobie doskonale. Nora jeszcze raz próbowała się z Moniką. Znowu nie chciała zakłusować, ale determinacja dziewczyny spowodowała kapitulację koniny. Zakłusowała a każde kolejne zakłusowanie było coraz lepsze.

Dziewczyny kłusują
Aż miło było popatrzeć, jak dziewczyny się dogadują. Monika robiła dodania, zagalopowała sobie bez większych problemów. Koń szedł luźny, a gdy się spinał to Monika ją wzorowo dopychała łydką i koń spuszczał łepek i luzował spięty grzbiet.
Zdjęcie zrobione pod słońce, ale tu jest galop!

Jest sporo rzeczy do dopracowania, ale to na spokojnie ogarniemy. Grunt, że Nora ma drugiego jeźdźca, który spokojem i konsekwencją jest w stanie ogarnąć fochy kobyły.

Na koniec poczęstowaliśmy koninę marchewkami z upraw mojej Mamy i jabłuszkami przyniesionymi przez Monikę. Niech no tylko koninka tego nie doceni to ją zadręczymy chodami bocznymi! 
Zauważyliście dopasowani kolorystyczne jeźdźca i konia?
Luzowanie po treningu
Co ciekawe dzisiaj konina przyszła do nas gdy ją zawołałam. Wczoraj przyszła kawałek, ale szła znowu z rżeniem. A dziś pyszczydło zamknięte, ale za to przyszła na wyciągnięcie ręki. I jak tu nie kochac tegokonia?!

niedziela, 29 września 2013

Współdzierżawa i treningi ostatnich dni

Stało się! Nora ma nowego współdzierżawcę. Od jutra zaczyna na niej jeździć Monika. Monika, która ma urodziny tego samego dnia co ja! Wyobrażacie sobie?!

Z racji tego, że rana goi się wyjątkowo wolno w piątek i sobotę na Norę wsiadła Agnieszka. Agnieszka, która kiedyś współdzierżawiła Norę, ale później nasze drogi się rozeszły. Zaproponowała jednak w czwartek, że przyjedzie na piątkową jazdę. W piątek więc wsiadłam na koninę nim Agniecha przyszła. Koń sztywny na lewo, ale tak pięknie pracujący, że miło było na niej śmigać.Z początku leniwa, ale dwa szybkie baciory ją uzdrowiły. Pięknie kłusowała, a galopy lepsze niż przed wyjazdem. Byłam w totalnym szoku. Niosła się, dodawała na moje życzenie, skracała. Nie stanowiło problemu by zrobić woltę. Fantastycznie pracowała.

Po mnie wsiadła Agnieszka i koń dość ładnie pracował. Agnieszka w końcu zaczęła galopować jak człowiek, chociaż ma tendencje do prania. Pranie to takie ruchy rękoma jak przy ręcznym praniu. jak nie pierze, to z kolei bawi się w dżokeja. Próbuje popędzać konia wodzą, oddaje wodzę, a potem gwałtownie ją zbiera. Konina oczywiście w takiej sytuacji zagalopowuje by po chwili przejść do kłusa. Niestety to spowodowało, że koń się usztywniał i był problem z galopem.

Agnieszka postanowiła wsiąść ponownie w sobotę. Ja już nie wsiadłam. Koń z początku był chętny do pracy, jednak kolejne błędy Agnieszki poskutkowały znarowieniem się kobyły. Nornica się zawiesiła i nie chciała kłusować. Przychodziła do mnie, stawała obok i stała. Gdy Agnieszka próbowała ją zmusić do ruszenia, to Nora ją straszyła pobrykując, spinając się tudzież piafując. Musiałam wsiąść na Nornicę i jej przypomnieć o co w tej całej jeździe konnej chodzi. W ciągu 5 minut koń poruszał się pięknie we wszystkich chodach. Aga wsiadła jednak co chwilę przekładała wodze nad szyją, to znowu jechała na pół luźnej wodzy i podszarpywała konia za pysk. W efekcie Nora znowu się zawiesiła. Znowu wsiadłam, ale moja cierpliwość do Agi się skończyła. Poprosiłam ją tylko by zakłusowała na Norce i występowała ją. Niestety od poniewierania się w siodle Norę zaczął boleć grzbiet. Nałożyłam wcierkę.

Dzisiaj grzbiet bolał ją już dużo mniej. Razem z Moniką wyczyściłyśmy i osiodłałyśmy wiedźmę mazurską. Miałam problem żeby ją solidnie rozprężyć. Była nieco rozkojarzona. Siadłam w siodło najdelikatniej jak umiałam. W końcu koń się ogarnął i mimo dość ciężkiego podłoża zaczęła ładnie pracować. Galopy były pierwsza klasa, a dodanie na prawo było po prostu genialne. Na prawdę, byłam zadowolona z niej. Po jeździe znowu wcierka na grzbiet.
Aaa no i grzywę jej dziś obcięłam tak krótko jak jeszcze nigdy. Fajnie wygląda, jutro zrobię zdjęcia. I jutro wielki dzień Moniki, wsiada na Nornicę. Dziewczyny będą się zapoznawać i razem szaleć.


niedziela, 25 sierpnia 2013

Luźniutko i w dół - 2013-08-24

Pojechałam do konia wczesnym popołudniem. Zawołałam i podeszła do bramki. Zabrałam niemiłosiernie brudnego konia z padoku. Niestety koniki rozpruły ogrodzenie z pastucha na pastwiskach i stoją na niedużych padokach.

Koninie bardzo chciało się pić i oczywiście pierwsze co zrobiła po wyjściu ze spacerniaka to rzuciła się na trawę. Przekonałam ją jednak do roboty. Była nieco leniwa, człapała sobie, ale za to luźniutka. Oj jak przyjemnie się z nią pracowała. Szybciutko zaczęła odpowiadać na sygnały. Ładne łopatki zrobiłyśmy w kłusie. Nie myszkowała, nie meandrowała tylko szła po śladzie jak trzeba.

Chrup chrup trawka potreningowo

Pokutuje wciąż moja słabsza lewa noga. Muszę sobie pomagać przyłożeniem bacika. Pilnowałam też by siedzieć głęboko w siodle i całkiem nieźle mi to wychodzi, chociaż z początku zakwasy i ból pleców, skutecznie to wszystko utrudniały. Później jak się rozruszałam to już było z górki.

Ewidentnie mój spokój przełożył się na pracę konia. Byłam opanowana, spokojna. Po wszystkim co się ostatnio dzieje nie miałam siły by się unosić. Może dlatego tez, koń był taki leniwy.

Popracowałyśmy na woltach mniejszych i większych. Elegancko szła w ustawieniu do wewnątrz i zewnątrz. Łopatki, trawersy, renwersy na 4+. Dużo chwaliłam i dałam jej dużo swobody po dobrze wykonanym zadaniu.


Pyszna trawka

Niezłe galopy się robią. Coś się konina usztywnia mi na lewo i oczywiście zagalopowania wychodzą wtedy tragiczne, ale dziś dwa czy trzy były na prawdę niezłe. Robiłam koła w galopie, wyjazd na ścianę i dodanie, potem przejście w półsiad i skok przez podkłady kolejowe (wysokie na ok. 50 cm, szerokie na około 40 cm), zmiana nogi, kilku foule galopu i przejście do kłusa. Skoki świetne, zrównoważone, troszkę się napalała, ale bardzo łatwo ją było przytrzymac i doprowadzić do przeszkody. Mogę szczerze powiedzieć, że się wyrabiamy.

Potem poświrowałyśmy rollbacki. Coś najpierw mi się zwiesiła, ale jeden szybki jej przypomniał o co chodzi. wspięcia niestety marnie. Nie przejmowałam się tym jednak bo próbowała. Nie wściekała się, tylko dziś to po prostu słabo szło. Zagalopowania ze stój i ze stępa na "hop" - genialne. Trochę gorzej za zatrzymaniem było, ale cóż. Nie może być idealnie.

Na moje wołanie spojrzała z taką oto miną tudzież wyrazem pyska "Czego chcesz kobieto?!"

Coś nie miała ochoty położyć się z siodła. Zdjęłam więc siodło i położyłam ją z ziemi. Usiadłam na niej i poprosiłam by wstała. I wstała a potem położenie jej poszło już raz dwa. Zlazłam z niej, wygłaskałam, a ona leży i leży. Zrelaksowana. Usiadłam na jej łopatce i tak żałowałam, że nie ma nikogo z aparatem, bo gdyby mi zrobił zdjęcie wtedy, to bym je podpisała "siedzę na koniu". W sposób alternatywny :)

Koninę później spłukałam wodą. Nie była najpierw zadowolona, ale potem stała spokojnie. Wyszorowałam jej brzuszek, szyję. Przeprałam grzywę i ogon. A potem taką mokrą zabrałam na trawę. Wygrodziłam kawałek placyku przy ujeżdżalni i puściłam ją luzem, a sama prażyłam się w słońcu. Udało mi się tez przykleić plecami do jedynej plamy z zywicy na tejże ławce. Popijałam wodę, koń chrupał trawę, słonce świeciło. Było tak ładnie, że nawet mi się poprawiło samopoczucie.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kontuzja jeźdźca i konia

Koń stoi od dwóch dni. Właściwie to chodzi. Sobie na pastwisko, bo nie pracuje. Najpierw ona miała problem z grzbietem, a teraz ja sobie skręciłam nogi, szczegóły tutaj. bardzo żałuje, bo chciałam dzisiaj wsiąść na nią i pośmigać ujeżdżeniowo. Nie miałoby to jednak sensu, bo jedno że szkoda nogi, a po drugie to szkoda konia znowu uczyć słabszego działania tej jednej łydki.

Liczę na to, że Ada wróci i ja pojeździ bo niestety zapowiada się, że trochę to potrwa nim noga mi wydobrzeje. 

piątek, 16 sierpnia 2013

Kłusowanie i truchtanie - trening z dn. 16-08-2013



Jeden z najwspanialszych dni z moim koniem!

Kilka dni temu konina została ugryziona przez innego konia kilkanaście centymetrów za kłębem. Żadnego siodła, żadnego pasa do lonżowania więc jak tu trenować. Oczywiście, nie stanowi to dla nas problemu. Jednego dnia wzięłam ją na spacer na trawę, poprzesuwałam ją, położyłam. Wymiziałam.

Kolejnego dnia popracowałam z nią na linie. A dzisiaj postanowiłam zaszaleć i połączyć przyjemne z pożytecznym. Miałam w planie wieczorem bieganie, ale czemu by nie zaszaleć i pobiegać z koniem. Jak przyjechałam to stała już w boksie. W miarę czysta, więc dopucowałam ją, założyłam kantar sznurkowy, linę i wzięłam bacik. I poszliśmy tak jak zwykle maszerujemy w teren. Konina szła grzecznie ale była nieco zaskoczona. W takiej konfiguracji to tej trasy nie pokonywała. Miała tendencje do ciągnięcia się za mną. Pilnowałam więc by szła równo ze mną, nos w nos. Czasem musiałam ją puknąć bacikiem gdy nie reagowała na komendę głosową. Potem wystarczyło unieść bacik nad zad. Szłam dość szybko, tak że konina musiała mocno wyciągać nogi by nadążyć. Momentami podkłusowywała. Potem zwalniałam ledwo idąc do przodu, a ona się pilnowała by nie wyjść przede mnie. Śmiać mi się do tej pory chce jak przypomnę sobie wyraz  jej pyska. Była taka skupiona i skoncentrowana. W lesie zaczęłam biec. Ale się zawijała kłusikiem. Momentami biegła z tyłu gdy było wąsko na nas dwie, a tak to zasuwała obok. Bardzo uważnie pilnowała tempa i tego by na mnie nie wpaść.
Taka jestem czujna i uważna
Miałam dzisiaj dobry dzień, dobrze mi się biegło chociaż dziś to był świński truchcik. Ale za to jaki wytrzymały! Konina była mocno zaskoczona że tak biegniemy i biegniemy i po równym i po nierównym. Oczywiście skończyło się to lekkim skręceniem nogi, ale było fantastycznie. Były skoki przez rowek z wodą, było przejście przez drewnianą kładkę długą na 4 metry, szeroką na 70 cm. A do tego kładka była około 70 cm nad ziemią.
 

Jestem wyluzowanym koniem i wisi mi wara
Na łąkach koninę położyłam i po raz pierwszy widziałam, żeby koń jadł trawę leżąc na boku. Ale cóż… okazuje się, że nawet to jest możliwe. Potem wsiadłam na nią i podniosła się. Nie chciała się położyć gdy wydawałam komendę z grzbietu. Przyklękała i tyle. Nie wymagałam jednak więcej. Komary, nowe miejsce, ruch samochodów kilkadziesiąt metrów dalej, a do tego krowy! Ale była dzielna.
Konina zapatrzona w dal


Wracając okazało się, że na torze krosowym jest pusto i tam spędziłyśmy dobre pół godziny. Przy najbliższej okazji musze kogoś poprosić by nakręcił film bo to nie da się opisać. Nora skakała przeróżne przeszkody. Bale drewna, kładki, pryzmy piachu, pieńki, a do tego wąskie fronty – trzy opony ciągnika postawione na sztorc – szerokości około 1 metra. Po pierwszych kilku skokach była z siebie dumna, memłała i rosła. Potem sama się ustawiała by skoczyć. Biegłam obok i tylko wskazywałam przeszkodę, a ona hyyyyyc i hyyyyyc!

Wracałyśmy truchcikiem, ale na kilkanaście sekund przyśpieszałam tak że Nora galopowała obok. Wróciłyśmy do stajni i jeszcze poszłyśmy na trawę. Potem musiałam oczyścić jej nogę bo na białej pęcinie ma kilka strupków grudy. Usunęłam, wymyłam manusanem, zapsikałam CTC. Nakarmiłam marchewkami, dałam kolację i miałam iść ale zajrzałam do poidła, a tam syf, kiła i mogiła. Wściekłam się, bo nikt nie zerknie co się w poidle dzieje. A tam na dnie jakieś błotko, muł śmierdzący. Pól godziny czyściłam to poidło, ale w końcu było czyściutkie. 

Czy to sarenka przedziera się przez krzaki by mnie zjeść?
Na dniach znowu pojadę do niej żeby pobiegać z nią w terenie. To świetna rozrywka i podobało mi się jak współpracowała. Poćwiczymy też elementy ujeżdżeniowe na oklep i na linie. Gdy już będę mogła jej założyć siodło to zabiorę Paulinkę i pojedziemy na ten tor krosowy. Poskacze przeszkody z siodła. Oj dzisiaj to mi się będzie dobrze spało!


Wiatr w grzywie, komary w zębach...

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Nasze początki i Antek-uzdrowiciel

Dzisiaj konica ma spokój. Odpoczywa bo upał koszmarny i nie miałam sumienia męczyć ani jej ani siebie. Także dziś kilka słów o Norce.

Jak wspomniałam to koń polski gorącokrwisty szlachetnej półkrwi. Gdy ją zobaczyłam pierwszy raz nie wyglądała ani szlachetnie ani gorącokrwiście. Powiedziałabym że zimnokrwiście i opasowo. Nikt na niej nie jeździł bo była szalona. Jako, że właściciele nie bardzo byli w stanie sobie z nią poradzić, toteż ją zaźrebili. Źrebaka norkowego pokażę Wam inną razą.

Tak więc Nora chodziła sobie przez ponad 3 lata po pastwiskach i nie widziała przez ten czas ani zgrzebła, ani szczotki ani grzebienia. Prawdopodobnie miała piękną długa grzywę i bujny ogon, ale trudno było to jednoznacznie określić, bo były poupinane finezyjnie w strąki owocami łopianu.Tu i ówdzie sterczały dredy, których spoiwem był brud.

Konica utykała na lewą tylną nogę. Nie było mowy by tą nogę obejrzeć, bo nikt jej nóg nie podnosił latami. Kopała, szarpała się, a życie było mi miłe. Gdy przejęłam opiekę nad końmi, w tym nad Norką, zarządziłam sprowadzenie weterynarza. Teoretycznie banalna sprawa, tyle że weterynarz który urzęduje w okolicy, boi się koni! Załatwiłam więc lokalnego szamana, właściwie to starego rolnika. ten to miał podejście, Norka stała przy nim jak zahipnotyzowana. Po chwili Antek, bo tak miał na imię rolnik, poprosił o denaturat. Najpierw solidnie łyknął, a potem trochę wylał na dłoń i natarł obie tylne pęciny.Od słowa do słowa i okazało się, że w prawa tylną nogę Norce wbił się kawałek ostrego badylka w skórę i wywołał stan zapalny. Konina odciążała prawa tylna nogę i w ten sposób przeciążyła lewy tył, na który dość wyraźnie zaczęła znaczyć. Stan zapalny w prawej tylnej nodze praktycznie sam się zagoił, a to przeciążenie zostało. Więc posmarował obie nogi i kazał to powtórzy przed dwa kolejne dni. I trzy dni później Nornica przestała utykać.I wtedy obudził się w niej temperament. Na zdjęciu poniżej, Nora jeszcze utykająca.

Nora na łąkach mazurskich
Ale wróćmy do Antka.Zapytałam go, ile się nalezy za pomoc. A on że nic, że to drobiazg, ale żeby mu dac na ćwiartkę. A właściwie to na pół litra. Dałam mu dwie dychy, a ten cały szczęśliwy chciał już iść. Zaproponowałam Antkowi jednak herbatę, bo jakoś tak głupio mi było. Antek nie bardzo chciał w ogóle wejść do domu, ale dał się przekonać. Pracownicy, którzy wówczas zajmowali się stajnią i domem byli przeciwni by antek wszedł do domu. Nie przejęłam się tym jednak. Antek nie chciał wejść do jadalni, usiadł w kuchni przy stole. Była jesień, listopad. Chłodno na zewnątrz, a w domu ciepło. Antek zaczął zdejmować z siebie kolejne rzeczy. Kurtkę, kufajkę, jeden sweter, drugi sweter... po chwili już wiedziałam dlaczego tak niechętnie wchodził do domu oraz czemu pracownicy patrzyli na mnie jak na idiotkę. Całą kuchnię a po chwili parter domu wypełnił, co tu dużo mówić, smród! To był horror. Gdy Antek wyszedł był pomysł by spalić krzesło. Nastąpiło oczywiście totalne wietrzenie domu. Po prawie pól godzinie wietrzenie zakończyło się sukcesem.

Następnego dnia Antek przyjechał wozem, żeby zobaczyć jak Nornica i znowu dostać na flaszkę, oprócz tego cieszył się bardzo, bo nie chciał mówić dzień wcześniej tego, ale dzięki nam to on sweter znalazł. Pół roku go szukał, a cały czas na sobie go miał...

niedziela, 4 sierpnia 2013

Trening z dnia 2013-08-04 niedziela

Długo myślałam jak to zrobić, żeby napisać to bywało na treningach kiedyś, a jak obecnie. Nie ma jednak co myśleć dłużej tylko trzeba pisać.

Dziś pojechałam do koniny by się oderwać od pracy. Miałam piekielną wenę ale w pewnym momencie już taką gonitwę myśli, że zaczęłam gonić własny ogon, którego nie mam. Wyjazd do stajni okazał się świetnym pomysłem, bardzo uspokoił moje rozedrgane wnętrze.

Koninka stała już zaparkowana w boksie, dałam jej kilka marchewek. Wyprowadzając ją z boksu  rzuciło mi się w oczy, to dość długa rana na udzie, około 20 cm poniżej kości biodrowej. Rana jakby zadrasnęła się o jakąś gałąź. Widać że dość świeża bo nie była zabrudzona, a krew ledwo co przyschła. Umyłam więc ranę Manusanem, a następnie popsikałam CTC. Skóra wokół była dość mocno napuchnięta, ale Nornica nie wykazywała większej reakcji bólowej. Albo jest tak twarda jak ja, albo to powierzchowne zadraśnięcie. Stwierdziłam, że zaryzykuję jazdę. Jeśli będzie jakoś wyjątkowo brykać czy wykazywać niechęć do ruchu to znaczy, że boli i wtedy odpuszczę.

Osiodłałam Zarazę, stała bez kantara z uwiązem na szyi i ziewała straszliwie. Relaks na całego. Jest strasznie pogryziona przez gzy i inne końskie muchy. Także drapanie szczotką z pewnością było dla niej przyjemne.

Poczłapałyśmy na ujeżdżalnię. Pustą! Nikogo nie było w stajni, nikogo na placu. Tak lubimy. Był ustawiony podwójny szereg na skok-wyskok i jakaś stacjonatka wysokości około 70-80 cm. Jednak zabrałam się za zwyczajną robotę w rozluźnieniu. Koninka od razu spuściła łepek, wyciągnęła szyję i zaczęła maszerować z tańczącym grzbietem. Wydłużyłam nieco strzemiona, bo nie wiem jak to się stało,że miałam strzemiona jak do konkursu klasy P co najmniej.

trochę kłusa i serpentyn, ósemek i wolt w kłusie. Była fan-tas-tycz-na! Tak ładnie się wyginała, musiałam jej tylko pilnować by głęboko wkraczała wewnętrzna noga bo miała tendencje do rozwlekania się. a gdy przypilnowałam by się nie rozciągała to z kolei próbowała zwalniać. Pokazałam jej, że to nie tędy droga i ogarnęła się momentalnie. Oczywiście musiała wyrazić swoje niezadowolenie parsknięciem.

Potem zagalopowania. To prawdziwa tragedia. Co jej się porobiło, że tak się usztywnia?! Albo to gorąco, albo podjaranie samymi galopami. Są dni, że luźno zagalopuje, a są takie jak dziś, że zagryzie się na wędzidle i trzeba pchać i pchać i pchać i półparadować, żeby raczyła odpuścić. W końcu oczywiście odpuszcza, ale co się trzeba nad tym napracować. W końcu miała kilka dobrych momentów i na prawo robiła świetne dodania bez wyciągnięcia czy wręcz uwalenia się na wodzy. Na lewo coraz lepiej się równoważy. Nie pędzi tak jak jeszcze kilka tygodni temu. Natomiast za bardzo schodzi z głową, muszę ją bardzo pilnować żeby się nie przeganaszowała bo ma ku temu tendencje. Wyciągam ją wtedy w górę delikatnie, żeby nie spowodować usztywnienia. Każde usztywnienie w galopie kończy się utratą rytmu, przejściem do kłusa.

Jak się rozgalopowała skoczyłyśmy sobie szereg na skok-wyskok z prawego najazdu bo tak akurat leżała wskazówka. potem najechałam z prawego najazdu na stacjonatę. Poszła jak burza i był świetny baskil. Świetny jak na nią. Natomiast widzę, że to wynik dobrego najazdu i mojego spokoju wewnętrznego. Gdy tylko zaczynam lekko panikować to zawsze coś się spartoli, tak jak skok z lewego najazdu gdy koninka najechała trochę po skosie, a ja nie wiem zupełnie dlaczego, straciłam pewność co do skoku. Nornica wtedy chciała wyłamać,ale była zbyt blisko przeszkody, w efekcie skoczyła blisko stojaka z potężnym wybiciem. W efekcie przewróciłam stojak. By koninie nie utrwalać złych nawyków musiałyśmy coś skoczyć i pojechałyśmy na przeszkodę z podkładów kolejowych. Poszła jak burza, baskilując jakby skalała 160 cm, bo przecież musiała sobie dokładnie te podkłady obejrzeć. Na bank wyglądają w skoku inaczej niż wtedy gdy mija je tysiąc razy tygodniowo.

Rozbujaną kobyłkę rozkłusowałam by spuściła parę, zrobiłam żucie z ręki w kłusie i pojeździłam chwilkę galop na wolcie, zacieśniając ją. Chodzi mi o to, by mocniej musiała podstawiać zad. Nie chce po dobroci to tak ją do tego zmobilizuję. wyjeżdżałam woltę o średnicy około 5-6 metrów a potem na ścianę i dodanie. Przy krótkiej ścianie znowu skrócenie i zaczynałam od koła, przez woltę około 10m, i zacieśniałam do tych 5-6 metrów. Potem chwila luzu w nagrodę i roll-backi. Coś nie miała dziś ochoty cofać, a jak cofała to jakby węża tropiła. Horror. Zwroty na prawo szły super, ale na lewo to robiła dziś jakby chciała, a nie mogła. W końcu zrobiła jeden dobry na lewo i jej odpuściłam. Za to zatrzymania z galopu - miodzio!

Na koniec ją rozsiodłałam i zrobiłam to co widać na filmie poniżej. Enjoy :)



Podsumowanie dzisiejszego treningu:
Czas: 45 min
Ocena: 4/5
Pogoda:dramatyczna duchota, ponad 30 st. C