Jak fantastycznie jest wsiąść na konia w taki piękny dzień jak dziś. Świeciło słoneczko, było kilkanaście stopki, a ja szalałam sobie na łące.
Konina znowu miała problem z oparciem na wędzidle, ale odpracowałam to i potem była rewelacyjna. Pracowałam z nią kilkanaście minut na przejściach ale z położeniem nacisku na stęp zebrany. Niestety wtedy najczęściej próbuje się chować za wędzidło, traci kontakt, spina się, w końcu zaczyna caplować. Każda mocniejsza łydka prowokuje ją do zakłusowania. Jednak spokój i powtórzenia doprowadziły do tego, że szła tańcząc pode mną grzbietem.
Niestety rozpirzone są przejścia na kontakcie. Tu z kolei nauczyła się wychodzić nad wędzidło. Koszmar! Przez to grzbiet się zapada, a przejścia są z mało zaangażowanym zadem. Nieco pomagają cofnięcia. Zatrzymanie robi wtedy jak trzeba, oparta. Ale rusza wyrywając łeb w górę. Tu niestety pokutuje brak kontaktu u Moniki. Mam nadzieję, że teraz gdy mam więcej czasu na swoje jazdy, odpracuję to i będzie jak należy.
Konina złapała kondycję, a słońce i przestrzeń nastroiły ją do szaleństw. Była wyrywna do roboty, do pędzenia. Zamieniłam to w ruch do przodu. robiła świetne chody boczne. Była jak z gumy. Nie przeszkadzały jej absolutnie ani trawa ani błoto ani nierówności. Zagalopowania rewelacyjne! Gorzej było z przejściami do kłusa. Gdy się rozpędziła to ciężko ją było zatrzymać. Jednak dużo ćwiczeń i zmian spowodowały, że chętniej przechodziła do kłusa. Ma niestety tendencje do usztywniania się, ale jest już coraz lepiej. Jest szansa na płynne przejścia w rozluźnieniu.
Słabo reagowała w galopie na łydkę do zaokrąglenia. Niezależnie, czy galop był w pełnym siadzie czy w półsiadzie, Nora była na nie.
Na koniec roboty przekłusowałam ją na luźnej wodzy, a potem poczłapałyśmy na spacer w najdalsze zakątki pastwisk i łąk. Jakie było moje zdziwienie, gdy kilkadziesiąt metrów od nas poderwały się do lotu żurawie. Odleciały kilkanaście metrów i usiadły. Jednak gdy przypatrzyły się nam, że jednak nie jesteśmy łosiem, postanowiły zdezerterować całkowicie.
Spacerek był przyjemny, potem jej poluzowałam popręg, zsiadłam i pozwoliłam popaść chwilę. Potem do stajni, rozsiodłanie, marchewki i poszłyśmy na trawę w drodze na halę. A na hali poprosiłam ją by się położyła. Wiedziała, że mam dla niej marchewkę jeszcze. Położyła się raz jak należy, ale potem zaczęła kombinować. Bo przecież zawsze raz jej każe się kłaść. I dlatego właśnie dzisiaj położyłam ją drugi raz. Machnęła się na glebę jak wariatka. Aż łupnęło. Zadowolona poszła jeszcze na trawę, właściwie resztki trawy. I na padok.
Ach, och... no fantastyczna dziś była jazda.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą galop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą galop. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 listopada 2013
Ach jak cudownie...
niedziela, 27 października 2013
Ładne mamy lato tej jesieni
Miało być o Hubertusie, ale chwilowo nie będzie. Będzie krótko bo padam na nos. Dzisiaj był wypad w teren. Dodam, że wyruszałam ze stajni przy temperaturze 22 stopnie Celsjusza. Koń ubrany w jesienne futerko ledwo przekłusował przez lat i już był lekko spocony. Po galopie przez łąki koń był mokry. Po ćwiczeniach ujeżdżeniowych na łąkach, koń był spieniony i pod czaprakiem i na szyi gdzie dotykały wodze. Ale chodziła jak zegarek szwajcarski. Oczywiście jak pozwoliłam jej galopować to zapomniała o hamulcach. Jeździłam więc po prostych na łące, a gdy Zaraza zaczynała przyśpieszać i wieszać się na wędzidle, wtedy ją wciągałam na dużą woltę. Szybko się zorientowała, że nie ma co pędzić.
Była dzielna, z krzaczorów po obu stronach drogi wyskakiwały bażanty drąc dzioby, a Nornica szła równo. Po rozprężeniu na łąkach wróciłam do toru crossowego i tam dałyśmy czadu. Pierwszy przejazd w tempie ekspresowym i za długich strzemionach to koszmar. Konina nie do opanowania. Drugi przejazd zaplanowałam, przejechałam stępem, a potem dopiero zagalopowałam, ale pilnowałam dokładnie miejsc w których miałam ją skrócić lub dodać. Ach, poszła tor wzorowo! Z górki, pod górkę, opony, pnie, zakręty, zeskoki ze skarpy. Była świetna. Szła dobrym galopem, zupełnie innym niż ostatnio na parkurze. Potem kłusy po lesie, a następnie długi stęp między drzewami i ścieżkami. Do stajni dotarła niemal sucha, ale pozaklejana. Tarzanko i na padok jeszcze na chwilę.
Podsumowanie:
Dystans: 11,89 km/h
Czas w ruchu: 1:20:06
Łączny czas: 1:23:23
Średnia prędkość: 8,55 km/h
Prędkość średnia w ruchu: 8,90 km/h
Prędkość maksymalna: 31,24 km/h
Była dzielna, z krzaczorów po obu stronach drogi wyskakiwały bażanty drąc dzioby, a Nornica szła równo. Po rozprężeniu na łąkach wróciłam do toru crossowego i tam dałyśmy czadu. Pierwszy przejazd w tempie ekspresowym i za długich strzemionach to koszmar. Konina nie do opanowania. Drugi przejazd zaplanowałam, przejechałam stępem, a potem dopiero zagalopowałam, ale pilnowałam dokładnie miejsc w których miałam ją skrócić lub dodać. Ach, poszła tor wzorowo! Z górki, pod górkę, opony, pnie, zakręty, zeskoki ze skarpy. Była świetna. Szła dobrym galopem, zupełnie innym niż ostatnio na parkurze. Potem kłusy po lesie, a następnie długi stęp między drzewami i ścieżkami. Do stajni dotarła niemal sucha, ale pozaklejana. Tarzanko i na padok jeszcze na chwilę.
Podsumowanie:
Dystans: 11,89 km/h
Czas w ruchu: 1:20:06
Łączny czas: 1:23:23
Średnia prędkość: 8,55 km/h
Prędkość średnia w ruchu: 8,90 km/h
Prędkość maksymalna: 31,24 km/h
poniedziałek, 7 października 2013
Wspaniała trójka
Dzisiejszy dzień upływa pod znakiem zakwasów. Wczorajsze przeciągnięcie w terenie musiało się dziś zemścić na mnie. Ale poruszałam się w trakcie jazdy z Moniką i nieco mi lepiej. A z Moniką dzisiaj pracowałyśmy sobie nad dosiadem i dobrym usadzeniem w siodle. Było trochę gimnastyki, galopy bez strzemion. Był dobry półsiad. Konina zaczęła się rozluźniać i stabilnie opierać na wędzidle. Mamy niezły materiał wyjściowy do dalszej pracy.
W trakcie czyszczenia odczuliłam Norkę na kota. Kot miział się do jej łopatki, kładł łapki na szyi, aż w końcu posadziłam go w siodle. Był zadowolony do czasu jak postanowił przespacerować się po szyi koniny. Szyja, a właściwie jej grzbiet był jednak zbyt wąski i strony i kocina zeskoczyła. Kon był jednak całkiem spokojny choć łypał na intruza.
Dobrze było się oderwać od świata i pobyć w stajni. Wyjrzało słoneczko, było ciepło. Koncentrując się na jeździe z Moniką całkowicie zapomniałam o problemach i nieprzyjemnościach.
Jutro Nora będzie miała wolne. Chyba że coś by się zmieniło w moich planach. Plan jednak jest by jutro odpoczęła sobie od nas. W środę wsiadam i działam ujeżdżeniowo. W czwartek może zaszaleję ze stacjonatami i okserami. O ile bedę miała siły, bo jeśli nie to... nie poskaczę :)
A w piątek Monika się znowu pobawi. Musze wymyślić jej nowe zadania do wykonania, hihi.
W trakcie czyszczenia odczuliłam Norkę na kota. Kot miział się do jej łopatki, kładł łapki na szyi, aż w końcu posadziłam go w siodle. Był zadowolony do czasu jak postanowił przespacerować się po szyi koniny. Szyja, a właściwie jej grzbiet był jednak zbyt wąski i strony i kocina zeskoczyła. Kon był jednak całkiem spokojny choć łypał na intruza.
![]() |
| Wspaniała trójka |
Jutro Nora będzie miała wolne. Chyba że coś by się zmieniło w moich planach. Plan jednak jest by jutro odpoczęła sobie od nas. W środę wsiadam i działam ujeżdżeniowo. W czwartek może zaszaleję ze stacjonatami i okserami. O ile bedę miała siły, bo jeśli nie to... nie poskaczę :)
A w piątek Monika się znowu pobawi. Musze wymyślić jej nowe zadania do wykonania, hihi.
Etykiety:
bez,
dosiad,
galop,
habituacja,
klacz,
koń,
kot,
łydka,
nora,
odczulanie,
pięta,
przyłożona,
strzemion,
ujeżdżenie
Oszalała galopem, czyli niedzielny wyjazd w teren
Pisząc to siedzę w fotelu i trzymam się klawiatury. Byłam dziś w terenie, po raz pierwszy po dłuższej przerwie. Oczywiście mówiąc o swoim koniu, bo pośmigałam nieco na koniach nadmorskich. Tak to dziś wczesnym popołudniem zameldowałam się w stajni. Konina była nabzdyczona i nie za bardzo miało ochotę robić cokolwiek. Musiałam pójść po nią na sam koniec łąki. Na szczęście była w miarę czysta więc czyszczenie szybko poszło. Siodło na grzbiet i heja.
Przez wieś szła bardzo żwawo, ale bez caplowania czy podkłusowywania. W lasku zakłusowała i szła rozglądając się czujnie, strumyk przeszła swobodna jak nigdy i dalej kłus, kłus, kłus, aż do toru motokrosowego. Jeden motocyklista szalał na tym torze, a mnie coś tknęło by zaszaleć. Gdy facet pojechał pomarańczową maszyną w drugi koniec toru, ja na swojej gniadej maszynie wystartowałam na tor i zaczęło się! Najpierw skoki przez małe kłody, a potem coraz większe pnie, pryzmy ziemi, opony. Nora szła jak zła! Ani razu nie zatrzymała się, nie wyłamała. Niektóre przeszkody były szerokie na 1 metr a wysokie na około 90 cm. Podłoże było elastyczne, no po prostu było super. Porozmawiałam z motocyklistą. Skwitował nasze szaleństwa krótko: "Jej to łatwiej te przeszkody pokonywać, bo ma większy prześwit".
Nora się rozbujała. Łąki przegalopowała, ale bardzo dobrym galopem pod pełną kontrolą. Ścieżka wzdłuż ogrodzenia była w świetnym stanie i przejechałam nią bez problemu. Koń był grzeczniutki. Potem spacer przez Lipków i do lasu! Tak się zaczęła jazda. Nora miała problem z zatrzymaniem. Kilka razy jej przypominałam o co chodzi z tymi zatrzymaniami, ale pomagało to na krótko. Podejrzewam, że w czasie galopu, wiatr wywiewał jej resztki mózgu.
Dotarłyśmy na łąkę na której za tydzień będzie rozgrywany Hubertus jednej z okolicznych stajni. Łąka jest przeogromna. Równa, lekko elastyczna, otoczona lasem ze wszystkich stron. A na środku łąki stał płotek wysokości około 60 cm. Aż żal było nie skoczyć. Poskakałam ósemkę dając Norce wyraźne sygnały na którą nogę ma lądować. Wzorowo wykonała to zadanie. Nakręciła się niesamowicie tą przestrzenią i świetnym, równym podłożem. Poniżej foto, które wykonałam przy wjeździe na łąkę. Przed nami krzaczek, a przy krzaczku płotek który skakałyśmy.
![]() |
| Nora paczy! |
![]() |
| Nora zamoczona w jeziorze. |
Przed łąkami zrobiłam kontrolny galop na ścieżce wzdłuż płotu. Szła grzeczniutka, ale znowu miała problem z przejściami do niższych chodów. Wykonywała polecenie, ale z dużym opóźnieniem więc na ścieżce jaj przypomniałam po raz kolejny, że prośby prośbami, ale teraz to ja żądam, by wykonała polecenie. Natychmiast! Znowu zagalopowałam wzdłuż ściany lasu i szła doskonałym okrągłym galopem zebranym. Zarówno na prawo jak i na lewo. Wspaniale skracała kłus, a grzbietem pracowała, aż miło było na niej siedzieć.
Po powrocie do stajni musiałam ją umyć nieco, bo była spieniona pod czaprakiem, na klacie i między udami. To jednak pikuś w porównaniu do błotnistych zacieków jakie miała na gęstej i dłuższej jesiennej sierści. Spod czapraka, na łopatka i na szyi były błotniste plamy. Ma tyle kurzu w futrze, że gdy się spociła, to spomiędzy kłaków wypłynął swoisty szlam. Koszmar! Ciężko to wyczyścić bo gęsta szczotka słabo czyści przy tak gęstym futrze, a ta z długim włosiem z kolei nie wygarnia wszystkiego.
Po kąpieli wodnej i masażu nóg poszłam z nią na ujeżdżalnię gdzie pozwoliłam się wytarzać kobyłce. Wolałam żeby się wytarzała w suchym piasku niż w jakimś błotku na pastwisku. Poniżej krótki film z tarzanka,bo koń brudny to koń szczęśliwy. A takie tarzanko to świetny masaż dla grzbietu konia.
Jak zwykle nie mogę załadować filmu z automatu więc wklejam link. Gdy film będzie dostępny, wtedy go tu wstawię. KLIK W FILM
Podsumowując:
Dystans: 22,48 km
Średnia prędkość: 9,68 km/h
Średnia prędkość w ruchu: 10,79 km/h
Prędkość maksymalna: 45,98 km/h
Czas w ruchu: 2:05:00
Pogoda: temperatura w cieniu 16 stopni, lekki dość chłodny wiatr, słonecznie. Pogoda IDEALNA!
Etykiety:
galop,
jezioro,
kłus,
motocross,
motocyklista,
motokrosowy,
pławienie,
ponoszenie,
przejścia,
skoki,
szaleństwo,
tarzanie,
teren,
tor,
wyjazd
sobota, 5 października 2013
No Team Games czyli Monika walczy o czas
Wczoraj i dzisiaj na Norce szalała Monika. wczoraj koń z początku chętny do roboty, rozproszył się całkowicie gdy sprowadzano konie z pastwiska. Nora zastrajkowała. Ona też chce iść do stajni! Natychmiast! JUŻ!
Poprosiłam Monikę by jeździła dość ciasne wolty i ósemki by skoncentrować konia na robocie. Robiła zmiany tempa, zmiany chodów. Po powrocie na ujeżdżalnię konina nadal była rozkojarzona i próbowała Monikę wozić. Monika miała niezły zgryz by koninę opanować, ale udało się. Ale koń i tak był rozkojarzony i pędzący.
Dzisiaj Monika sama rozprężała konia. Przenoszę na dziewczynę coraz większą odpowiedzialność za przygotowanie konia do jazdy. Miała za zadanie konia rozprężyć w trzech chodach, a także rozgimnastykować na woltach i ósemkach. Do przećwiczenia były zatrzymania oraz cofania. Gdy Monika ćwiczyła, ja ustawiłam tor. I zaczęłysmy zabawę.
Najpierw przejechałyśmy tor stępem. A później Monika jechała już tak jak to było zaplanowane. Mierzyliśmy tez czas, żeby wzbudzić w Monice nutkę rywalizacji i psztyknąć ambicje. Z każdym przejazdem Monika poprawiała swój czas. Koń był coraz bardziej skoncentrowany na robocie. Kolejność zadań możecie zobaczyć na filmie.
Mogłoby się wydawać, że co to takiego wykonać te zadania. Otóż nie były one trudne, ale spróbujcie rozbujać konia do galopu po obwodzie niemal całej ujeżdżalni, a potem przejdźcie do kłusa by wziąć ciasny zakręt i konia zatrzymać. Do tego dochodzi jako utrudnienie charakter Nory, konia ambitnego ale również upartego. Momentami Norka próbowała zgadywać co teraz będzie. Po 2 przejazdach na prawą stronę, Monika tylko pomyślała o tym co chce zrobić a koń już wykonywał polecenie.
Dodatkowym utrudnieniem dla Moniki było to, że to jest jej 3 jazda na tym koniu. Wciąż się z Norką poznają. Poza tym koń był z początku dość leniwy, co widać przede wszystkim przy przyjeździe na prawą stronę. Jakby tego było mało, to zagalopowania ustaliłam w takich miejscach, w których Monika zwykle nie robi tego elementu. Grunt, że świetnie sobie poradziła!
Udało się załadować film. Także oglądamy Monikę w akcji!
Niezwykle mnie cieszy, że dziewczyna miała prawdziwą frajdę z tego treningu. Uśmiałyśmy się bo kilka razy Nora się tak rozbuchała, że przewiozła Monikę. Momentami konina przewidywała jakie zadanie jest kolejne i wykonywała je, nim jeszcze Monika dała jej sygnał. Był też moment buntu, ale Monia i z tym sobie poradziła.
Do odpracowania mamy kilka elementów. Ale powolutku dojdziemy do wszystkiego. Grunt, że ja mam radochę z treningów, Monika z jazdy, a koninie nie dzieje się krzywda, a ma sporo ruchu!
Gdyby ktoś się zastanawiał jak wymodziłam taką kolejność przeszkód, to przyszło mi to do głowy podczas szycia kurtki, którą można zobaczyć TUTAJ.
Poprosiłam Monikę by jeździła dość ciasne wolty i ósemki by skoncentrować konia na robocie. Robiła zmiany tempa, zmiany chodów. Po powrocie na ujeżdżalnię konina nadal była rozkojarzona i próbowała Monikę wozić. Monika miała niezły zgryz by koninę opanować, ale udało się. Ale koń i tak był rozkojarzony i pędzący.
Dzisiaj Monika sama rozprężała konia. Przenoszę na dziewczynę coraz większą odpowiedzialność za przygotowanie konia do jazdy. Miała za zadanie konia rozprężyć w trzech chodach, a także rozgimnastykować na woltach i ósemkach. Do przećwiczenia były zatrzymania oraz cofania. Gdy Monika ćwiczyła, ja ustawiłam tor. I zaczęłysmy zabawę.
Najpierw przejechałyśmy tor stępem. A później Monika jechała już tak jak to było zaplanowane. Mierzyliśmy tez czas, żeby wzbudzić w Monice nutkę rywalizacji i psztyknąć ambicje. Z każdym przejazdem Monika poprawiała swój czas. Koń był coraz bardziej skoncentrowany na robocie. Kolejność zadań możecie zobaczyć na filmie.
Mogłoby się wydawać, że co to takiego wykonać te zadania. Otóż nie były one trudne, ale spróbujcie rozbujać konia do galopu po obwodzie niemal całej ujeżdżalni, a potem przejdźcie do kłusa by wziąć ciasny zakręt i konia zatrzymać. Do tego dochodzi jako utrudnienie charakter Nory, konia ambitnego ale również upartego. Momentami Norka próbowała zgadywać co teraz będzie. Po 2 przejazdach na prawą stronę, Monika tylko pomyślała o tym co chce zrobić a koń już wykonywał polecenie.
Dodatkowym utrudnieniem dla Moniki było to, że to jest jej 3 jazda na tym koniu. Wciąż się z Norką poznają. Poza tym koń był z początku dość leniwy, co widać przede wszystkim przy przyjeździe na prawą stronę. Jakby tego było mało, to zagalopowania ustaliłam w takich miejscach, w których Monika zwykle nie robi tego elementu. Grunt, że świetnie sobie poradziła!
Udało się załadować film. Także oglądamy Monikę w akcji!
***
Niezwykle mnie cieszy, że dziewczyna miała prawdziwą frajdę z tego treningu. Uśmiałyśmy się bo kilka razy Nora się tak rozbuchała, że przewiozła Monikę. Momentami konina przewidywała jakie zadanie jest kolejne i wykonywała je, nim jeszcze Monika dała jej sygnał. Był też moment buntu, ale Monia i z tym sobie poradziła.
Do odpracowania mamy kilka elementów. Ale powolutku dojdziemy do wszystkiego. Grunt, że ja mam radochę z treningów, Monika z jazdy, a koninie nie dzieje się krzywda, a ma sporo ruchu!
Gdyby ktoś się zastanawiał jak wymodziłam taką kolejność przeszkód, to przyszło mi to do głowy podczas szycia kurtki, którą można zobaczyć TUTAJ.
poniedziałek, 30 września 2013
Monikowy trening numero uno!
Dzisiaj na Nornicę wsiadła Monika. Moja noga wczoraj się rozpadła. Żartuję. Zdarł się strup i się chciałam wykrwawić kolanem w trakcie jazdy. Ciemne bryczesy skutecznie zamaskowały wszelkie ślady wykrwawiania się, a przejęta koniem, jazdą i piękną pogodą nie zwróciłam uwagi na ból. Dzisiaj w związku z tym nie miałam w planie wsiadać. Dopuszczałam taką ewentualność gdyby Monika miała jakieś problemy.
Powiedziałam Monice, że Nora będzie ją sprawdzać i żeby się nie dała zastraszyć kobyle. I tak się stało. Póki był stęp to Nornica człapała, ale przy prośbie o kłus, Norka zaczęła swoje podrygi, pseudopobrykiwania. Monika usiadła głębiej w siodło i łyda i głosem musztruje Nornicę, aż w końcu machnęła batem i Norka ruszyła kłusem. Aj jaka była zła. Jak to możliwe, że ta niewielka istota na jej grzbiecie tego dokonała. Nora pewnie do tej pory nad tym duma.
Z początku Nora szła jakby chciała, a nie mogła, jednak Monice udało się ją rozbujać. Żeby koń się bardziej skoncentrował na Monice, zarządziłam pracę na przejściach. Monika bardzo sprawnie sobie radziła. Konina była coraz bardziej zdziwiona, próbowała Monikę wozić, schodzić ze ścian, ale Monika sprawnie sobie z tym radziła. Jak na osobę, która siedziała pierwszy raz na tym koniu (pierwszy raz to była jazda próbna, krótka i z marnymi efektami), poradziła sobie doskonale. Nora jeszcze raz próbowała się z Moniką. Znowu nie chciała zakłusować, ale determinacja dziewczyny spowodowała kapitulację koniny. Zakłusowała a każde kolejne zakłusowanie było coraz lepsze.
Aż miło było popatrzeć, jak dziewczyny się dogadują. Monika robiła dodania, zagalopowała sobie bez większych problemów. Koń szedł luźny, a gdy się spinał to Monika ją wzorowo dopychała łydką i koń spuszczał łepek i luzował spięty grzbiet.
Jest sporo rzeczy do dopracowania, ale to na spokojnie ogarniemy. Grunt, że Nora ma drugiego jeźdźca, który spokojem i konsekwencją jest w stanie ogarnąć fochy kobyły.
Na koniec poczęstowaliśmy koninę marchewkami z upraw mojej Mamy i jabłuszkami przyniesionymi przez Monikę. Niech no tylko koninka tego nie doceni to ją zadręczymy chodami bocznymi!
Co ciekawe dzisiaj konina przyszła do nas gdy ją zawołałam. Wczoraj przyszła kawałek, ale szła znowu z rżeniem. A dziś pyszczydło zamknięte, ale za to przyszła na wyciągnięcie ręki. I jak tu nie kochac tegokonia?!
Powiedziałam Monice, że Nora będzie ją sprawdzać i żeby się nie dała zastraszyć kobyle. I tak się stało. Póki był stęp to Nornica człapała, ale przy prośbie o kłus, Norka zaczęła swoje podrygi, pseudopobrykiwania. Monika usiadła głębiej w siodło i łyda i głosem musztruje Nornicę, aż w końcu machnęła batem i Norka ruszyła kłusem. Aj jaka była zła. Jak to możliwe, że ta niewielka istota na jej grzbiecie tego dokonała. Nora pewnie do tej pory nad tym duma.
![]() |
| Dziewczyny się zapoznają w pięknych okolicznościach przyrody |
![]() |
| Rozprężenie Nornicy |
![]() |
| Dziewczyny kłusują |
![]() |
| Zdjęcie zrobione pod słońce, ale tu jest galop! |
Jest sporo rzeczy do dopracowania, ale to na spokojnie ogarniemy. Grunt, że Nora ma drugiego jeźdźca, który spokojem i konsekwencją jest w stanie ogarnąć fochy kobyły.
Na koniec poczęstowaliśmy koninę marchewkami z upraw mojej Mamy i jabłuszkami przyniesionymi przez Monikę. Niech no tylko koninka tego nie doceni to ją zadręczymy chodami bocznymi!
![]() |
| Zauważyliście dopasowani kolorystyczne jeźdźca i konia? |
![]() |
| Luzowanie po treningu |
niedziela, 29 września 2013
Współdzierżawa i treningi ostatnich dni
Stało się! Nora ma nowego współdzierżawcę. Od jutra zaczyna na niej jeździć Monika. Monika, która ma urodziny tego samego dnia co ja! Wyobrażacie sobie?!
Z racji tego, że rana goi się wyjątkowo wolno w piątek i sobotę na Norę wsiadła Agnieszka. Agnieszka, która kiedyś współdzierżawiła Norę, ale później nasze drogi się rozeszły. Zaproponowała jednak w czwartek, że przyjedzie na piątkową jazdę. W piątek więc wsiadłam na koninę nim Agniecha przyszła. Koń sztywny na lewo, ale tak pięknie pracujący, że miło było na niej śmigać.Z początku leniwa, ale dwa szybkie baciory ją uzdrowiły. Pięknie kłusowała, a galopy lepsze niż przed wyjazdem. Byłam w totalnym szoku. Niosła się, dodawała na moje życzenie, skracała. Nie stanowiło problemu by zrobić woltę. Fantastycznie pracowała.
Po mnie wsiadła Agnieszka i koń dość ładnie pracował. Agnieszka w końcu zaczęła galopować jak człowiek, chociaż ma tendencje do prania. Pranie to takie ruchy rękoma jak przy ręcznym praniu. jak nie pierze, to z kolei bawi się w dżokeja. Próbuje popędzać konia wodzą, oddaje wodzę, a potem gwałtownie ją zbiera. Konina oczywiście w takiej sytuacji zagalopowuje by po chwili przejść do kłusa. Niestety to spowodowało, że koń się usztywniał i był problem z galopem.
Agnieszka postanowiła wsiąść ponownie w sobotę. Ja już nie wsiadłam. Koń z początku był chętny do pracy, jednak kolejne błędy Agnieszki poskutkowały znarowieniem się kobyły. Nornica się zawiesiła i nie chciała kłusować. Przychodziła do mnie, stawała obok i stała. Gdy Agnieszka próbowała ją zmusić do ruszenia, to Nora ją straszyła pobrykując, spinając się tudzież piafując. Musiałam wsiąść na Nornicę i jej przypomnieć o co w tej całej jeździe konnej chodzi. W ciągu 5 minut koń poruszał się pięknie we wszystkich chodach. Aga wsiadła jednak co chwilę przekładała wodze nad szyją, to znowu jechała na pół luźnej wodzy i podszarpywała konia za pysk. W efekcie Nora znowu się zawiesiła. Znowu wsiadłam, ale moja cierpliwość do Agi się skończyła. Poprosiłam ją tylko by zakłusowała na Norce i występowała ją. Niestety od poniewierania się w siodle Norę zaczął boleć grzbiet. Nałożyłam wcierkę.
Dzisiaj grzbiet bolał ją już dużo mniej. Razem z Moniką wyczyściłyśmy i osiodłałyśmy wiedźmę mazurską. Miałam problem żeby ją solidnie rozprężyć. Była nieco rozkojarzona. Siadłam w siodło najdelikatniej jak umiałam. W końcu koń się ogarnął i mimo dość ciężkiego podłoża zaczęła ładnie pracować. Galopy były pierwsza klasa, a dodanie na prawo było po prostu genialne. Na prawdę, byłam zadowolona z niej. Po jeździe znowu wcierka na grzbiet.
Aaa no i grzywę jej dziś obcięłam tak krótko jak jeszcze nigdy. Fajnie wygląda, jutro zrobię zdjęcia. I jutro wielki dzień Moniki, wsiada na Nornicę. Dziewczyny będą się zapoznawać i razem szaleć.
Z racji tego, że rana goi się wyjątkowo wolno w piątek i sobotę na Norę wsiadła Agnieszka. Agnieszka, która kiedyś współdzierżawiła Norę, ale później nasze drogi się rozeszły. Zaproponowała jednak w czwartek, że przyjedzie na piątkową jazdę. W piątek więc wsiadłam na koninę nim Agniecha przyszła. Koń sztywny na lewo, ale tak pięknie pracujący, że miło było na niej śmigać.Z początku leniwa, ale dwa szybkie baciory ją uzdrowiły. Pięknie kłusowała, a galopy lepsze niż przed wyjazdem. Byłam w totalnym szoku. Niosła się, dodawała na moje życzenie, skracała. Nie stanowiło problemu by zrobić woltę. Fantastycznie pracowała.
Po mnie wsiadła Agnieszka i koń dość ładnie pracował. Agnieszka w końcu zaczęła galopować jak człowiek, chociaż ma tendencje do prania. Pranie to takie ruchy rękoma jak przy ręcznym praniu. jak nie pierze, to z kolei bawi się w dżokeja. Próbuje popędzać konia wodzą, oddaje wodzę, a potem gwałtownie ją zbiera. Konina oczywiście w takiej sytuacji zagalopowuje by po chwili przejść do kłusa. Niestety to spowodowało, że koń się usztywniał i był problem z galopem.
Agnieszka postanowiła wsiąść ponownie w sobotę. Ja już nie wsiadłam. Koń z początku był chętny do pracy, jednak kolejne błędy Agnieszki poskutkowały znarowieniem się kobyły. Nornica się zawiesiła i nie chciała kłusować. Przychodziła do mnie, stawała obok i stała. Gdy Agnieszka próbowała ją zmusić do ruszenia, to Nora ją straszyła pobrykując, spinając się tudzież piafując. Musiałam wsiąść na Nornicę i jej przypomnieć o co w tej całej jeździe konnej chodzi. W ciągu 5 minut koń poruszał się pięknie we wszystkich chodach. Aga wsiadła jednak co chwilę przekładała wodze nad szyją, to znowu jechała na pół luźnej wodzy i podszarpywała konia za pysk. W efekcie Nora znowu się zawiesiła. Znowu wsiadłam, ale moja cierpliwość do Agi się skończyła. Poprosiłam ją tylko by zakłusowała na Norce i występowała ją. Niestety od poniewierania się w siodle Norę zaczął boleć grzbiet. Nałożyłam wcierkę.
Dzisiaj grzbiet bolał ją już dużo mniej. Razem z Moniką wyczyściłyśmy i osiodłałyśmy wiedźmę mazurską. Miałam problem żeby ją solidnie rozprężyć. Była nieco rozkojarzona. Siadłam w siodło najdelikatniej jak umiałam. W końcu koń się ogarnął i mimo dość ciężkiego podłoża zaczęła ładnie pracować. Galopy były pierwsza klasa, a dodanie na prawo było po prostu genialne. Na prawdę, byłam zadowolona z niej. Po jeździe znowu wcierka na grzbiet.
Aaa no i grzywę jej dziś obcięłam tak krótko jak jeszcze nigdy. Fajnie wygląda, jutro zrobię zdjęcia. I jutro wielki dzień Moniki, wsiada na Nornicę. Dziewczyny będą się zapoznawać i razem szaleć.
piątek, 27 września 2013
Wypad nad morze - Bobolin welcome to!
Urlopowałam się przez ostatnie 1,5 tygodnia. Oto jednak wróciłam i będę na bieżąco referować co się u nas dzieje. Póki co nie za bardzo mogę wsiąść na Norę bo mam sporą ranę po wewnętrznej stronie kolana. Nie ma to jak wsiąść w niewygodne, źle wyjeżdżone siodło i się zmasakrować. Potem dorobiłam sobie kilka ran powierzchownych pod kolanem odrywając plaster. Kto by pomyślał, że może tak mocno trzymać, że odezwę go razem z dość grubą warstwą naskórka.
Pomysł wyjazdów zrodził się w kwietniu w trakcie wiosennego rajdowania, które organizuję co roku. Dziewczęta-rajdowniczki marzyły o galopach po plaży i wtedy im pokazałam im ten film:
Wtedy Robert, mąż jednej z koleżanek stwierdził, że to fajne, ale galopy powinny być w zwolnionym tempie. Mówisz i masz:
Dziewczynom oczy się zaświeciły. Robertowi szczęka opadła. I wtedy już było przesądzone. Powiedziałam towarzystwu, że mogę im zorganizować taki wyjazd we wrześniu. Dziewczyny zatupały z radości, Robert usiadł głębiej na kanapie i z lekka zwątpił. Dla niego wyjazd Ani nad morze, na konie, wiązał się z kilkoma godzinami dziennie sam na sam z ich synkiem, który ma niespożyte pokłady energii.
Udało mi się, w Bobolinie załatwić domek w dobrej cenie oraz dograć kwestie karnetów. I tak to 19 września nad morze ściągnęła silna ekipa pod wezwaniem. 4 dziewczyny jeżdżące konno rzadziej lub częściej oraz dwie i pół osoby nie mające zbyt wiele wspólnego z końmi.
W dniu przyjazdu był tylko relaks i picie wina, natomiast od piątku wzięliśmy się ostro za jazdę. O 11 zameldowaliśmy się w stajni by wybrać się na 1,5 godziny na galopy po plaży. Jadąc do Bobolina przyświecało mi założenie, by jeździć za każdym razem na innym koniu. W piątek dostałam do jazdy Nunę. Karą, niewielka o niezwykle żeńską folblutkę. Znałam ją przed 4 lat gdy to zaliczyłam na niej pierwsze galopy po plaży. Klaczka te kilka lat temu była koniem nieprzyjemnym w obsłudze z ziemi, ale teraz się to zmieniło. A w terenie to rakieta. Ma niezwykłą równowagę i serce do galopu. Ładnie się też opiera na wędzidle, nie rzuca łbem co niestety jest domeną koni w Bobolinie. Jednak czego się spodziewać w sytuacji gdy w sezonie, co chwila jeździ na tym koniu ktoś inny.
Nuna pięknie mnie wiozła, ale jej siodło to istna porażka. Wysiedziane na tylnym łęku przez co łydka ucieka do przodu. Ilekroć ją przesuwałam do tyłu, to traciłam równowagę w siodle. W efekcie po kilkunastu minutach czułam, że coś złego się dzieje z moją skórą na wysokości kolana. Po powrocie zobaczyłam wielką, sączącą się ranę. Nigdy w życiu nie miałam otarcia, którego bym się nabawiła na koniu. jak widać, kiedyś musi być ten pierwszy raz.
Po tym w terenie też wiedziałam, że trzeba zakładać okulary sportowe bo piasek trzaskał spod kopyt konia jadącego przede mną. Mimo wszystko za każdym razem wracając z terenu piasek miałam nawet w staniku, mimo iż byłam pozapinana pod szyję.
Pogoda była przez pierwsze 3 dni fantastyczna. Słoneczko, wręcz lampa. Temperatury rzędu 18 stopni, ale w słońcu można było w krótkim rękawku siedzieć. Wieczorami na plaży jednak było już chłodno i trzeba było się ubrać cieplej, osłaniać przed wiatrem.
Chwilowo tyle, wkrótce dalszy ciąg relacji z Bobolina.
Pomysł wyjazdów zrodził się w kwietniu w trakcie wiosennego rajdowania, które organizuję co roku. Dziewczęta-rajdowniczki marzyły o galopach po plaży i wtedy im pokazałam im ten film:
Wtedy Robert, mąż jednej z koleżanek stwierdził, że to fajne, ale galopy powinny być w zwolnionym tempie. Mówisz i masz:
Dziewczynom oczy się zaświeciły. Robertowi szczęka opadła. I wtedy już było przesądzone. Powiedziałam towarzystwu, że mogę im zorganizować taki wyjazd we wrześniu. Dziewczyny zatupały z radości, Robert usiadł głębiej na kanapie i z lekka zwątpił. Dla niego wyjazd Ani nad morze, na konie, wiązał się z kilkoma godzinami dziennie sam na sam z ich synkiem, który ma niespożyte pokłady energii.
Udało mi się, w Bobolinie załatwić domek w dobrej cenie oraz dograć kwestie karnetów. I tak to 19 września nad morze ściągnęła silna ekipa pod wezwaniem. 4 dziewczyny jeżdżące konno rzadziej lub częściej oraz dwie i pół osoby nie mające zbyt wiele wspólnego z końmi.
W dniu przyjazdu był tylko relaks i picie wina, natomiast od piątku wzięliśmy się ostro za jazdę. O 11 zameldowaliśmy się w stajni by wybrać się na 1,5 godziny na galopy po plaży. Jadąc do Bobolina przyświecało mi założenie, by jeździć za każdym razem na innym koniu. W piątek dostałam do jazdy Nunę. Karą, niewielka o niezwykle żeńską folblutkę. Znałam ją przed 4 lat gdy to zaliczyłam na niej pierwsze galopy po plaży. Klaczka te kilka lat temu była koniem nieprzyjemnym w obsłudze z ziemi, ale teraz się to zmieniło. A w terenie to rakieta. Ma niezwykłą równowagę i serce do galopu. Ładnie się też opiera na wędzidle, nie rzuca łbem co niestety jest domeną koni w Bobolinie. Jednak czego się spodziewać w sytuacji gdy w sezonie, co chwila jeździ na tym koniu ktoś inny.
Nuna pięknie mnie wiozła, ale jej siodło to istna porażka. Wysiedziane na tylnym łęku przez co łydka ucieka do przodu. Ilekroć ją przesuwałam do tyłu, to traciłam równowagę w siodle. W efekcie po kilkunastu minutach czułam, że coś złego się dzieje z moją skórą na wysokości kolana. Po powrocie zobaczyłam wielką, sączącą się ranę. Nigdy w życiu nie miałam otarcia, którego bym się nabawiła na koniu. jak widać, kiedyś musi być ten pierwszy raz.
Po tym w terenie też wiedziałam, że trzeba zakładać okulary sportowe bo piasek trzaskał spod kopyt konia jadącego przede mną. Mimo wszystko za każdym razem wracając z terenu piasek miałam nawet w staniku, mimo iż byłam pozapinana pod szyję.
Pogoda była przez pierwsze 3 dni fantastyczna. Słoneczko, wręcz lampa. Temperatury rzędu 18 stopni, ale w słońcu można było w krótkim rękawku siedzieć. Wieczorami na plaży jednak było już chłodno i trzeba było się ubrać cieplej, osłaniać przed wiatrem.
Chwilowo tyle, wkrótce dalszy ciąg relacji z Bobolina.
piątek, 13 września 2013
Trening z 05.09.2013
Dopiero dziś znalazłam chwile by napisać co się działo w czwartek, a działo się dużo. Zaczęłam trening dość późno, bo dopiero około 19:30. Ujeżdżalnia była do naszej dyspozycji, po chwili dołączyła do nas Paulinka na Cytrusie. Rozmawiamy jadąc równolegle, po czym Paulina mówi, że nigdy jej nie dogonię w stępie. Cmoknęłam na Norę a ta wydłużyła wykrok. Za chwilę wyrównała do Cytrusa, a potem zaczęła go wyprzedzać. Uśmiechnęłam się do Pauliny, a ta zerknęła na nogi Norki i mówi: "ona przekracza o trzy kopyta!" Uśmiechnęłam się szatańsko i stwierdziłam: "no to teraz jej dodam łydkę i patrz!". Kobyła zaczęła maszerować jeszcze żwawiej i przekraczała po dobre 4 kopyta. Paulinę zatkało.
Nora była tego dnia chętna do pracy. Szła aktywnie i bardzo szybko reagowała na sygnały. Musiałam jej bardzo pilnować bo w tym pędzie do przodu chciała ścinać wolty i zakręty. Szła jednak cały czas dobrze zrównoważona, nie traciła rytmu. Do tego, bez problemu dawała się skracać i wydłużała wykrok na komendę. Pokręciłyśmy się, pogalopowałyśmy. Tu robi ogromne postępy. Już coraz rzadziej wychodzi nad wędzidło. Coraz mniej jest sytuacji, że mi się za wedzidło chowa. Zaczyna się stabilnie opierać i wydłużać szyję w poszukiwaniu wędziła. Dzięki temu zagalopowania są coraz przyjemniejsze.
Na koniec jazdy zaczęłyśmy kombinować. Zrobiłyśmy kilka elementów, tak jak pokazała nam Paulinka. Konina się nabuzowała nowym. Później jechałam ją kłusem ćwiczebnym i pilnując łydkami wstrzymywałam półparadą. Konica zaczęła robić całkiem fajne piaffy! Wtedy jeszcze nie wiedziałam jakie będą tego efekty :D
Nora była tego dnia chętna do pracy. Szła aktywnie i bardzo szybko reagowała na sygnały. Musiałam jej bardzo pilnować bo w tym pędzie do przodu chciała ścinać wolty i zakręty. Szła jednak cały czas dobrze zrównoważona, nie traciła rytmu. Do tego, bez problemu dawała się skracać i wydłużała wykrok na komendę. Pokręciłyśmy się, pogalopowałyśmy. Tu robi ogromne postępy. Już coraz rzadziej wychodzi nad wędzidło. Coraz mniej jest sytuacji, że mi się za wedzidło chowa. Zaczyna się stabilnie opierać i wydłużać szyję w poszukiwaniu wędziła. Dzięki temu zagalopowania są coraz przyjemniejsze.
Na koniec jazdy zaczęłyśmy kombinować. Zrobiłyśmy kilka elementów, tak jak pokazała nam Paulinka. Konina się nabuzowała nowym. Później jechałam ją kłusem ćwiczebnym i pilnując łydkami wstrzymywałam półparadą. Konica zaczęła robić całkiem fajne piaffy! Wtedy jeszcze nie wiedziałam jakie będą tego efekty :D
wtorek, 3 września 2013
Trening z dn. 03.09.2013
Jestem nieżywa, za to konina wchodzi w rytm regularnych treningów. Ledwo się dziś spociła. Fakt, że było chłodno i wiało nieco, ale mimo wszystko. robi się z niej znowu maszyna. Szyja coraz bardziej umięśniona, zad tak samo.
Nastawienie do treningu miała dzisiaj analne - wszystko w d... Musiałam ją przywołać do porządku w boksie, bo się jej zapomniało jaka to jest właściwa postawa gdy wchodzę do boksu. Machnęłam uwiązem po zadzie którego nie raczyła schować i od razu się odwróciła do mnie łbem. Opuściła łepetynę i spojrzała na mnie wzdychają. O to znowu ty, zdawały się mówić jej oczy.
Szybkie czyszczenie bo wczoraj ją deszcze wysmagały i tylko odrobine brudu na niej było. Siodło na grzbiet i heja ku ujeżdżalni. Podłoże mimo wczorajszych ulew było idealne. Elastyczne, niepylące. Konina była z początku leniwa, dwa szybkie baciory ją obudziły. Zawiesiła się znowu na lewej wodzy, chociaż odpuszcza dużo szybciej niż to miało miejsce miesiąc temu. Dużo lepiej też odchodziła od lewej łydki.
Zarządziłam stęp na luźnej wodzy. Szła swobodnie, dodając w odpowiedzi na łydkę. Szukała oparcia na wędzidle. I ta tendencja nam towarzyszyła przez resztę jazdy co niezwykle cieszy. Potem pozbierałam wodze do lekkiego zebrania i zaczęłam szkolenie na łydkę. Sobotnia jazda na Bajkale pokazała mi, jak koń może reagować na tą pomoc. Konina elegancko zaczęła reagować. W kłusie robiłyśmy wolty, ósemki, serpentyny. Zależało mi, aby szła równo oparta na wędzidle, żwawo i aktywnie. Z tym ostatnim był problem z początku bo słabo się pchała zadem, jednak kilka zatrzymań i mocniejsze półparady wsparte mocniejszą łydką poskutkowały. Tak bardzo odciążyła przód, że na każde przyłożenie łydek niemal unosiła się przodem i próbowała zagalopować. Na ujeżdżalni co chwila rozlegało się moje "nie!" w odpowiedzi na jej zagalopowania. Zasuwała mieląc nogami aż miło.
Trzeba jej pilnować na woltach i serpentynach bo ma tendencje to zwalniania i rozwlekania się. To wynik mojego poważnego błędu, skręcam tułów w zakręcie i przez to oddaję zewnętrzną wodzę. Z tego samego powodu prowokuję ją do wypadania łopatką. To z kolei w zakrętem w stronę stajni powoduje masakrę! Stajnia Norkę przyciąga niesamowitym magnetyzmem. Chyba większym niż przyciąganie ziemskie :)
Dla urozmaicenia treningu skoczyłyśmy sobie stacjonatkę 50 i podkłady. Jak się konina rozbujała to skakała jak dzika. Nie przykładałam specjalnie uwagi by ją prowadzić równo do przeszkody, to miała być dla niej zabawa. Zależało mi tylko by nie zadarła głowy. Ma pracować grzbietem. Pozwoliłam jej podnieść głowę na tyle by obejrzeć przeszkodę, ale żadnego heja skaczemy na jedynkę.
Jak miałam konia rozbijanego poćwiczyłam łopatki, trawersy, renwersy i przeszłam do ciągów w kłusie. Po długiej przerwie pora znowu szlifować ten element. Całkiem nieźle nam to szło. Musze pilnować by nie spóźniała zadem. Poza tym coraz lepiej idzie jej wykraczanie przednią nogą. Do swobody w szyi jeszcze długa droga, ale i do tego dojdziemy, sądzę że za około 2 tygodnie w tym tempie treningowym.
I najważniejszy element dzisiaj. Przejścia kłus-galop-kłus. Najpierw był to istny horror. Zaczęłam na prawo bo to lepsza strona Nory. Pędziła, wyrywała się z łbem nad wędzidło. Brykała, oddawała od bata. Później jednak się uspokoiła i przejścia na prawo wyszły miodne. Trzeba tylko pilnować stabilnej ręki i dodać łydki mocniej przy półparadzie do przejścia.
Na lewo tak różowo nie było, bo była nakręcona i zagalopowania robiła nerwowe, na losowo wybraną nogę. W końcu na nią huknęłam i przypomniało się pannicy o co chodzi i na która nogę się galopuje. Niesamowite jak wystarczy konia obsabaczyć i jak szybko się odświeża pamięć. Kilka ostatnich zagalopowań na lewo było miodne.
Na konie rollbacki, zatrzymania i skok przez stacjonatę wys. 70 cm ze wskazówką. Poszła jak burza, ale wciągnęła mnie w przeszkodę. Nie utrzymałam jej i skok był w marnym stylu. Grunt, że nie było chwili zawahania. Potem stawianie kopyt na wskazanych przedmiotach - wzorowo. Na koniec kładzenie. Poprosiłam o położenie się. Najpierw przyklękła i podniosła się natychmiast. Poprosiłam o porządne klękanie i pochwaliłam po wykonaniu zadania. Pół minuty stępa i prośba o położenie się. Zaczęła się kręcić i udawać, że nie wie o co mi chodzi. Jeden szybki macior i do ostrego kłusa kobyłę pogoniłam. Po kilkunastu krokach zatrzymałam i ponownie poprosiłam o położenie się. Położyła się jak należy. Potem kazałam wstać i zeskoczyłam z niej. Stępowałam ją w ręku i tu zonk. Kobyła zapomniała, że nie wpada się na mnie. Musiałam jej i to przypomnieć.
Trening na plus. Uchetałam się ale jestem z niej zadowolona. Mimo fochów z okazji grzania się, była dynamiczna i wykonywała zadania. Aż chce się znowu jechać i kontynuować robotę. Przejścia na tapecie i ciągi.
Nastawienie do treningu miała dzisiaj analne - wszystko w d... Musiałam ją przywołać do porządku w boksie, bo się jej zapomniało jaka to jest właściwa postawa gdy wchodzę do boksu. Machnęłam uwiązem po zadzie którego nie raczyła schować i od razu się odwróciła do mnie łbem. Opuściła łepetynę i spojrzała na mnie wzdychają. O to znowu ty, zdawały się mówić jej oczy.
Szybkie czyszczenie bo wczoraj ją deszcze wysmagały i tylko odrobine brudu na niej było. Siodło na grzbiet i heja ku ujeżdżalni. Podłoże mimo wczorajszych ulew było idealne. Elastyczne, niepylące. Konina była z początku leniwa, dwa szybkie baciory ją obudziły. Zawiesiła się znowu na lewej wodzy, chociaż odpuszcza dużo szybciej niż to miało miejsce miesiąc temu. Dużo lepiej też odchodziła od lewej łydki.
Zarządziłam stęp na luźnej wodzy. Szła swobodnie, dodając w odpowiedzi na łydkę. Szukała oparcia na wędzidle. I ta tendencja nam towarzyszyła przez resztę jazdy co niezwykle cieszy. Potem pozbierałam wodze do lekkiego zebrania i zaczęłam szkolenie na łydkę. Sobotnia jazda na Bajkale pokazała mi, jak koń może reagować na tą pomoc. Konina elegancko zaczęła reagować. W kłusie robiłyśmy wolty, ósemki, serpentyny. Zależało mi, aby szła równo oparta na wędzidle, żwawo i aktywnie. Z tym ostatnim był problem z początku bo słabo się pchała zadem, jednak kilka zatrzymań i mocniejsze półparady wsparte mocniejszą łydką poskutkowały. Tak bardzo odciążyła przód, że na każde przyłożenie łydek niemal unosiła się przodem i próbowała zagalopować. Na ujeżdżalni co chwila rozlegało się moje "nie!" w odpowiedzi na jej zagalopowania. Zasuwała mieląc nogami aż miło.
Trzeba jej pilnować na woltach i serpentynach bo ma tendencje to zwalniania i rozwlekania się. To wynik mojego poważnego błędu, skręcam tułów w zakręcie i przez to oddaję zewnętrzną wodzę. Z tego samego powodu prowokuję ją do wypadania łopatką. To z kolei w zakrętem w stronę stajni powoduje masakrę! Stajnia Norkę przyciąga niesamowitym magnetyzmem. Chyba większym niż przyciąganie ziemskie :)
Dla urozmaicenia treningu skoczyłyśmy sobie stacjonatkę 50 i podkłady. Jak się konina rozbujała to skakała jak dzika. Nie przykładałam specjalnie uwagi by ją prowadzić równo do przeszkody, to miała być dla niej zabawa. Zależało mi tylko by nie zadarła głowy. Ma pracować grzbietem. Pozwoliłam jej podnieść głowę na tyle by obejrzeć przeszkodę, ale żadnego heja skaczemy na jedynkę.
Jak miałam konia rozbijanego poćwiczyłam łopatki, trawersy, renwersy i przeszłam do ciągów w kłusie. Po długiej przerwie pora znowu szlifować ten element. Całkiem nieźle nam to szło. Musze pilnować by nie spóźniała zadem. Poza tym coraz lepiej idzie jej wykraczanie przednią nogą. Do swobody w szyi jeszcze długa droga, ale i do tego dojdziemy, sądzę że za około 2 tygodnie w tym tempie treningowym.
I najważniejszy element dzisiaj. Przejścia kłus-galop-kłus. Najpierw był to istny horror. Zaczęłam na prawo bo to lepsza strona Nory. Pędziła, wyrywała się z łbem nad wędzidło. Brykała, oddawała od bata. Później jednak się uspokoiła i przejścia na prawo wyszły miodne. Trzeba tylko pilnować stabilnej ręki i dodać łydki mocniej przy półparadzie do przejścia.
Na lewo tak różowo nie było, bo była nakręcona i zagalopowania robiła nerwowe, na losowo wybraną nogę. W końcu na nią huknęłam i przypomniało się pannicy o co chodzi i na która nogę się galopuje. Niesamowite jak wystarczy konia obsabaczyć i jak szybko się odświeża pamięć. Kilka ostatnich zagalopowań na lewo było miodne.
Na konie rollbacki, zatrzymania i skok przez stacjonatę wys. 70 cm ze wskazówką. Poszła jak burza, ale wciągnęła mnie w przeszkodę. Nie utrzymałam jej i skok był w marnym stylu. Grunt, że nie było chwili zawahania. Potem stawianie kopyt na wskazanych przedmiotach - wzorowo. Na koniec kładzenie. Poprosiłam o położenie się. Najpierw przyklękła i podniosła się natychmiast. Poprosiłam o porządne klękanie i pochwaliłam po wykonaniu zadania. Pół minuty stępa i prośba o położenie się. Zaczęła się kręcić i udawać, że nie wie o co mi chodzi. Jeden szybki macior i do ostrego kłusa kobyłę pogoniłam. Po kilkunastu krokach zatrzymałam i ponownie poprosiłam o położenie się. Położyła się jak należy. Potem kazałam wstać i zeskoczyłam z niej. Stępowałam ją w ręku i tu zonk. Kobyła zapomniała, że nie wpada się na mnie. Musiałam jej i to przypomnieć.
Trening na plus. Uchetałam się ale jestem z niej zadowolona. Mimo fochów z okazji grzania się, była dynamiczna i wykonywała zadania. Aż chce się znowu jechać i kontynuować robotę. Przejścia na tapecie i ciągi.
czwartek, 29 sierpnia 2013
Rozluźnienie, rytm, kontakt - 27 i 29.08.2013
Te trzy hasła przyświecały naszym ostatnim dwóm treningom. Przyjeżdżam do stajni totalnie zmęczona, wypruta z emocji. To się bardzo pozytywnie odbija na koniu bo nic nie jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi. Niestety konina się przez to rozleniwia i obniża swoją energię, a co za tym idzie - energię w ruchu. Muszę zatem pilnować by nie zwalniała, co więcej by ruch był pełen aktywności.
Przedwczoraj koncentrowałam się na rozluźnieniu konia w przejściach. Zależało mi by nie napierała na wodzę, nie wyrywała jej, by wędzidło leżało równo w pysku. Było raz lepiej raz gorzej, zasadniczo była po prostu rozleniwiona. Pobudziłam ją do ruchu skacząc niewielkie przeszkody. Zależało mi tylko na równym doprowadzeniu jej do przeszkody. Próbowała ścinać zakręty, ale pilnowałam zewnętrznej wodzy i wewnętrznej łydki.Oczywiście więcej problemów było przy najeździe z lewej strony. Mimo wszystko jednak szybciutko załapała, że nie ma co pędzić, nie warto wpadać łopatką. Trzeci najazd na lewo był dobry.
Mam problem bo zagalopowuje mi uparcie na prawą nogę. Może to wynikać albo z bólu jaki jej sprawia ruch na lewo albo ze sztywności spowodowanej przymusową absencja treningową. Albo ja coś knocę. Obmacałam konia i obejrzałam. Nie widzę żadnych zmian, cieplejszych miejsc, czy bolesności. Nie zauważyłam żadnych opuchlizn. Popatrzyłam na siebie. Też teoretycznie jest ok, ale... znalazłam dzisiaj źródło problemu - nabuzowanie. Gdy Nornica zaczyna się podniecać zagalopowaniami usztywnia się. Na lewo oczywiście bardziej i ma wtedy tendencje by leciutko ustawiać się z łbem do prawej. Nie to, że jest ustawiona na prawo, po prostu czuję, że mam większy opór na lewej wodzy. gdybym popuściła wodzy to ustawiłaby się na prawo. Dzisiaj pilnowałam by siedzieć spokojnie, dać wyraźne sygnały ale jednocześnie cały czas robiłam delikatne półparady. Tak jakby chciała jej mówić, uwaga-lewo, uwaga-lewo, uwaga-lewo. Poskutkowało. Zagalopowała tylko ciut sztywna, ale na dobrą nogę. Ale co najważniejsze, szłap zrównoważonym galopem który bez problemu się dało wysiedzieć. A gdy galopowała na wolcie rozluźniona dołożyłam łydki razem z półparadą i pięknie się podstawiła. Grzbiet poszedł w górę chyba o 20 cm. Momentalnie uniosło mnie w siodle. Poprosiłam koleżankę by spojrzała z boku i potwierdziła to co poczułam.
Jestem zachwycona ostatnimi treningami, ale dzisiejszym szczególnie. Chętnie skakała, szła równo do przodu. Podnosiła nogi, nie szurała jak to niektóre konie mają w zwyczaju. Bardzo chętnie współpracowała. Jeszcze czuć wyraźną sztywność na lewą stronę, ale poza tym miodzio. Rollbacki nieźle, cofanie dziś tak sobie. Wspięcia tak sobie, ale nie przykładałam dziś do tego większej uwagi. Położyłam ją z siodła i zrobiła to w miarę chętnie. Zanim całkiem się położyła, poprosiłam ją by wytrzymała w pozycji a'la sfinks. A potem poprosiłam o podniesienie się i o dziwo wytrzymała w dole mimo iż pozycja była dla niej na pewno niewygodna. ewidentnie droga do tego by się ładnie, miękko położyła, jest nagrodzenie jej pierwsze próby i rzucenie wodzy. Wtedy położenie idzie raz dwa. Jeżeli od razu wymagam położenia się, to zawiesza się i strzela focha. Jak to baba :)
A poniżej moja kochana baba na Imprezie Wiosennej w 2012 roku. Skoncentrowana na mnie (uszy), idąca aktywnie (nóżki). Piękna i lśniąca.
A jeździec dupa bo ucieka mu łydka do przodu i patrzy się gdzieś w dół, zamiast przed siebie :) za to ładnie rękę zamknęłam, bo ostatnio mam parszywy nawyk niedomykania.
Konina dziś była przyjemnie rozluźniona przez całą jazdę. Na początku próbowała mi zwalniać w kłusie na małych woltach, ale łydka i stabilne prowadzenie na wodzy uzdrowiły ją. Niestety znowu się bestia nauczyła, że ciągnie ją w stronę wyjścia. Muszę nad tym popracować przy okazji. Natomiast i tak tego spływania jest coraz mnie bo jest równo oparta na wędzidle. Ma jeszcze fazy zawieszenia się na lewej wodzy, ale dużo szybciej reaguje.
Plan na najbliższe tygodnie to uelastycznić ja w ruchu na lewo. Wyjątkiem sa ciągi bo te na prawo marnie wychodzą (słaba lewa łydka). Oprócz elastyczności, u mnie pracujemy nad ręką i głębokim dosiadem z luźnym udem i przyłożoną łydką. Siodło nie ułatwia, ale da się i w nim to zrobić - patrz dzisiejszy trening. I spokój! Mój spokój ma się przełożyć na jej spokój zwłaszcza na przejściach.
Przedwczoraj koncentrowałam się na rozluźnieniu konia w przejściach. Zależało mi by nie napierała na wodzę, nie wyrywała jej, by wędzidło leżało równo w pysku. Było raz lepiej raz gorzej, zasadniczo była po prostu rozleniwiona. Pobudziłam ją do ruchu skacząc niewielkie przeszkody. Zależało mi tylko na równym doprowadzeniu jej do przeszkody. Próbowała ścinać zakręty, ale pilnowałam zewnętrznej wodzy i wewnętrznej łydki.Oczywiście więcej problemów było przy najeździe z lewej strony. Mimo wszystko jednak szybciutko załapała, że nie ma co pędzić, nie warto wpadać łopatką. Trzeci najazd na lewo był dobry.
Mam problem bo zagalopowuje mi uparcie na prawą nogę. Może to wynikać albo z bólu jaki jej sprawia ruch na lewo albo ze sztywności spowodowanej przymusową absencja treningową. Albo ja coś knocę. Obmacałam konia i obejrzałam. Nie widzę żadnych zmian, cieplejszych miejsc, czy bolesności. Nie zauważyłam żadnych opuchlizn. Popatrzyłam na siebie. Też teoretycznie jest ok, ale... znalazłam dzisiaj źródło problemu - nabuzowanie. Gdy Nornica zaczyna się podniecać zagalopowaniami usztywnia się. Na lewo oczywiście bardziej i ma wtedy tendencje by leciutko ustawiać się z łbem do prawej. Nie to, że jest ustawiona na prawo, po prostu czuję, że mam większy opór na lewej wodzy. gdybym popuściła wodzy to ustawiłaby się na prawo. Dzisiaj pilnowałam by siedzieć spokojnie, dać wyraźne sygnały ale jednocześnie cały czas robiłam delikatne półparady. Tak jakby chciała jej mówić, uwaga-lewo, uwaga-lewo, uwaga-lewo. Poskutkowało. Zagalopowała tylko ciut sztywna, ale na dobrą nogę. Ale co najważniejsze, szłap zrównoważonym galopem który bez problemu się dało wysiedzieć. A gdy galopowała na wolcie rozluźniona dołożyłam łydki razem z półparadą i pięknie się podstawiła. Grzbiet poszedł w górę chyba o 20 cm. Momentalnie uniosło mnie w siodle. Poprosiłam koleżankę by spojrzała z boku i potwierdziła to co poczułam.
Jestem zachwycona ostatnimi treningami, ale dzisiejszym szczególnie. Chętnie skakała, szła równo do przodu. Podnosiła nogi, nie szurała jak to niektóre konie mają w zwyczaju. Bardzo chętnie współpracowała. Jeszcze czuć wyraźną sztywność na lewą stronę, ale poza tym miodzio. Rollbacki nieźle, cofanie dziś tak sobie. Wspięcia tak sobie, ale nie przykładałam dziś do tego większej uwagi. Położyłam ją z siodła i zrobiła to w miarę chętnie. Zanim całkiem się położyła, poprosiłam ją by wytrzymała w pozycji a'la sfinks. A potem poprosiłam o podniesienie się i o dziwo wytrzymała w dole mimo iż pozycja była dla niej na pewno niewygodna. ewidentnie droga do tego by się ładnie, miękko położyła, jest nagrodzenie jej pierwsze próby i rzucenie wodzy. Wtedy położenie idzie raz dwa. Jeżeli od razu wymagam położenia się, to zawiesza się i strzela focha. Jak to baba :)
A poniżej moja kochana baba na Imprezie Wiosennej w 2012 roku. Skoncentrowana na mnie (uszy), idąca aktywnie (nóżki). Piękna i lśniąca.
A jeździec dupa bo ucieka mu łydka do przodu i patrzy się gdzieś w dół, zamiast przed siebie :) za to ładnie rękę zamknęłam, bo ostatnio mam parszywy nawyk niedomykania.
Konina dziś była przyjemnie rozluźniona przez całą jazdę. Na początku próbowała mi zwalniać w kłusie na małych woltach, ale łydka i stabilne prowadzenie na wodzy uzdrowiły ją. Niestety znowu się bestia nauczyła, że ciągnie ją w stronę wyjścia. Muszę nad tym popracować przy okazji. Natomiast i tak tego spływania jest coraz mnie bo jest równo oparta na wędzidle. Ma jeszcze fazy zawieszenia się na lewej wodzy, ale dużo szybciej reaguje.
Plan na najbliższe tygodnie to uelastycznić ja w ruchu na lewo. Wyjątkiem sa ciągi bo te na prawo marnie wychodzą (słaba lewa łydka). Oprócz elastyczności, u mnie pracujemy nad ręką i głębokim dosiadem z luźnym udem i przyłożoną łydką. Siodło nie ułatwia, ale da się i w nim to zrobić - patrz dzisiejszy trening. I spokój! Mój spokój ma się przełożyć na jej spokój zwłaszcza na przejściach.
środa, 7 sierpnia 2013
Pławienie konia w zalewie w Pilicy - lipiec 2012
Czy napisałam, że wczoraj zaraza zgubiła kantar? No więc zgubiła. Przeszłam się po łące ale nie znalazłam. Myślałam o tym, żeby dzisiaj na nią wsiąść i wierzchem objechać łąkę w poszukiwaniu. Dla niej to będzie ciekawe ćwiczenie, coś zupełnie innego niż zwykle robimy. Już widzę jej lekkie usztywnienie jakie wywoła zaskoczenie. A po kilku minutach się rozluźni i stanie się dzielnym koniem tropiącym.
Wczorajszy spokój w jeziorku odświeżył mi wspomnienia z naszych wojaży połączonych z brodzeniem i taplaniem się w różnego rodzaju zbiornika wodnych. Na Mazurach zwykle ograniczałyśmy się do brodzenia w jeziorach bo wiosną było zbyt zimno na większe szaleństwa.
Pierwsze porządne pławienie zaliczyłam na okropnym rajdzie konnym w Kierzbuniu. Rajd, który był tak traumatycznym przeżyciem, że na długo zniechęcił mnie do tego typu aktywności jeździeckiej. o tym może kiedy indziej. Natomiast w zeszłym roku na zgrupowaniu jeździeckim z Wojtkiem Ginko w Udorzu, udało nam się zorganizować wyjazd nad zalew w Pilicy. Łukasz był tak miły, że poprowadził zastęp. Jechało nas 9 sztuk, 5 par z rekreacji od Łukasza i 4 nasze pary. Droga była długa, tym dłuższa, że część rekreacji bała się galopować. widoki fantastyczne, okoliczności przyrody sprzyjające koniom za wyjątkiem niektórych mocno kamienistych dróg. Gdy dojechaliśmy nad zalew, to Norka była pierwszym koniem który wszedł do wody. A potem... to była dzicz!
Galopy, kłusy. Dno było piaszczyste, ale nie grząskie, a wzdłuż trzcin było około 60-70cm, więc bardzo wymagające warunki dla konia, ale jakże efektownie dla jeźdźca. Norki, nie trzeba było dwa razy jej prosić o galopy, tylko trzeba było się trzymać bo startowała jak odrzutowiec.
W wodzie spędziłyśmy godzinę, może nawet półtorej. Później ją rozsiodłałam i pasłam na brzegu. Była spokojna, zrelaksowana. A jaka wyprana była! dawno nie była tak czyściutka, a jej biała skarpeta raziła wprost swą czystością. Generalnie tak czysta skarpeta bywa tylko po pławieniu i po galopach w głębokim śniegu.
Nora lubi wodę. Zwykle na początku jest delikatny opór przed wejście, jednak potem chlapie się i tapla. Wszyscy wokól są mokrzy gdy zaczyna walić kopytami w wodę. Potrafi to robić całymi długimi minutami. Często udziela się to zachowanie innym koniom. Niektóre jednak się boją rozchlapującej wody, także pilnuję by nie wypłoszyć towarzystwa, które nam towarzyszy.
Zastanawiam się, kiedy przyjdzie ta chwila,że będę miała możliwość popływać z nią. Myślałam, że w tym roku mi się to uda, jednak z przyczyn niezależnych ode mnie i od konia, nie miałyśmy tej możliwości. Jednak nic straconego. Mam nadzieję! Uwielbiam te jej foulee w wodzie, które zamieniają się w potężne susy. Ta moc drzemiąca w koniu jest niesamowita.
W pewnym momencie jakoś tak od słowa do słowa zeszło, że kolega jadący na Hondzie (kasztanka ze zdjęcia poniżej), miał problem żeby zagalopować w wodzie. wpadliśmy na pomysł z Łukaszem, że weźmiemy go między siebie i zagalopujemy, to Honda też pójdzie w galop. Zagalopowaliśmy w wodzie sięgającej niemal do brzucha koni. Honda ruszyła. Jeździec na Hondzie jechał na oklep, tylko w koszulce i gatkach, jak widać. Pożyczyłam mu bat żeby mógł Hondę zmobilizować do ruchu. Ruszyliśmy ostro, a po kilkunastu metrach gdy zbliżaliśmy się do ustalonego punktu, Łukasz zajechał Hondzie drogę z prawej strony, a ja ją przyblokowałam z lewej, żeby nie wylazła na suchy ląd. Honda gwałtownie zahamowała. Jeździec pojechał dalej :) skąpał się wzorowo. Honda wyglądała na zadowoloną z takiego obrotu wypadków. Ja mało nie spadłam z Norki tak się śmiałam. Kolega utopił mój bat (później go znalazł), ale uważałam że nawet utopienie bata było warte takiej akcji.
Zgrupowanie było fantastyczne. Nie raz jeszcze będę wracać z opowieściami do tego tematu. Nie byłoby tak cudownie, gdyby nie towarzystwo. Ludzie, którzy wiedzieli po co tam przyjechali.
Wczorajszy spokój w jeziorku odświeżył mi wspomnienia z naszych wojaży połączonych z brodzeniem i taplaniem się w różnego rodzaju zbiornika wodnych. Na Mazurach zwykle ograniczałyśmy się do brodzenia w jeziorach bo wiosną było zbyt zimno na większe szaleństwa.
Pierwsze porządne pławienie zaliczyłam na okropnym rajdzie konnym w Kierzbuniu. Rajd, który był tak traumatycznym przeżyciem, że na długo zniechęcił mnie do tego typu aktywności jeździeckiej. o tym może kiedy indziej. Natomiast w zeszłym roku na zgrupowaniu jeździeckim z Wojtkiem Ginko w Udorzu, udało nam się zorganizować wyjazd nad zalew w Pilicy. Łukasz był tak miły, że poprowadził zastęp. Jechało nas 9 sztuk, 5 par z rekreacji od Łukasza i 4 nasze pary. Droga była długa, tym dłuższa, że część rekreacji bała się galopować. widoki fantastyczne, okoliczności przyrody sprzyjające koniom za wyjątkiem niektórych mocno kamienistych dróg. Gdy dojechaliśmy nad zalew, to Norka była pierwszym koniem który wszedł do wody. A potem... to była dzicz!
![]() |
| Kłusiki rozpoznawcze dno. |
Galopy, kłusy. Dno było piaszczyste, ale nie grząskie, a wzdłuż trzcin było około 60-70cm, więc bardzo wymagające warunki dla konia, ale jakże efektownie dla jeźdźca. Norki, nie trzeba było dwa razy jej prosić o galopy, tylko trzeba było się trzymać bo startowała jak odrzutowiec.
![]() |
| Daaaaaaawaaaaaaj! |
![]() |
| Chwila relaksu |
![]() |
| Badamy dno na lewo od zjazdu do wody |
![]() |
| Taplu, taplu koniku! |
![]() |
| Namawianki z Łukaszem |
wtorek, 6 sierpnia 2013
Terenik w towarzystwie z dnia 2013-08-06
Drimtim dzisiaj wypuścił się w teren na czołowego. Na ogonie miałyśmy hucuła z jeźdźcem okazjonalnym.
Koninka dzisiaj szła nieco leniwie przez wieś. Nie wzruszały jej ani psy ani samochody. Stukała kopytkami w asfalt, lekko machała głową na boki, ogonem trochę bardziej. Po dojeździe do lasu chętnie ruszyła przed siebie. Pierwsze zatrzymanie było przed strumykiem, który zniknął. I to zastanowiło mojego konia. Ale poszła, dwa kroki i byłyśmy na drugim brzegu. Następnie luźny kłusik, świetnie się prowadziła na balans, wodze miałam w jednej ręce. Uwielbiam ją taką. Widać było, że wyjazd w teren sprawia jej przyjemność, że jest zrelaksowana.
Dojechałyśmy do łąk gdzie było zatrzęsienie końskich much i innego latającego badziewia. w związku z tym kobyłka chętnie pokłusowała, a wyciągała nogi jak do dorożkarskiego kłusa. Hucuł musiał za nami galopować, więc przytrzymałam Norę, żeby dać maluchowi szansę.
Postanowiłam jechać ścieżką na skróty, bo okolica porządnie obeschła i nie było obaw, że utkniemy w błocie. Ścieżkę rozjeździły quady, złamały się też nad nią dwa drzewa. Obie rzeczy skutecznie utrudniały przejazd. Musiałam zsiąść z Norki bo ledwo z siodłem mieściła się pod złamanymi konarami. Natomiast jadąc tą ścieżką zaoszczędziłyśmy dobre 20-30 minut.
Potem było z górki. lajtowo przez las, chociaż ze względu na słabą kondycję towarzyszy ograniczyłyśmy się do niewielkich galopów. Świetnie szła dzisiaj, "pod górę". Lekki przód, galop był okrągły, zrównoważony. Co jakiś czas niestety się płoszyła nie wiadomo czego. Czasem ma takie dni, niespecjalnie się tym przejmuję.
Dojechałyśmy nad jeziorko i bez problemu wjechała do wody. Postała w niej kilkanaście minut oczywiście grzebiąc kopytami. Nie chciała pić, zresztą dojechała tylko minimalnie spocona mimo sporego upału. Przez chwilę miałam wrażenie,że ma ochotę się położyć więc nieco pobrodziłyśmy. Na koniec poprosiłam ją o wspięcie. Zrobiła przyzwoite wspięcie w dość głębokiej wodzie. To było poważne zadanie, ale wykonała je bez najmniejszego buntu. Generalnie była w tym jeziorze na totalnym relaksie. Żałowałam, że nie zabrałam dziś pulsometru. Byłam bardzo ciekawa jakie miała tętno stojąc w jeziorku. Ostatnio była mocno pobudzona, a dziś miałam wrażenie, że było w okolicach 60 uderzeń, więc prawie spokój.
Powrót był nieco bardziej dynamiczny bo wiadomo, do domu, na kolację się niektórym spieszyło. Nie chciała mi też zagalopować na lewo. Zatrzymałam się na małej polance by zagalopować ją z koła. Zagalopowała po czym po kilku krokach, niby skacząc nad korzeniem, zmieniła nogę na prawą. Próbowałam jeszcze dwa razy zagalopować na lewo i znowu się udało, ale po jakimś czasie sobie znowu zmieniła na prawą. W końcu ja na łące przegalopowałam. Świetnie szła doskonale podstawiona. Stabilna na wodzy, luźna, a jednocześnie niezwykle dynamiczna. Dawno nie miałam takiego galopu. Bez problemu można to było wysiedzieć a to świadczy o tym, że pracowała grzbietem wzorowo. Bo Nornica ma problemy z grzbietem i gdy nim nie pracuje, to nie sposób wysiedzieć galop.
Powrót do stajni przez wieś był żwawy, chociaż to i tak tylko oględne określenie. Zasuwała jak dzika. Wyciągała nogi jak na konkursie ujeżdżenia.
Jestem z niej dumna, z jej spokoju i opanowania. Patrząc na inne konie, widzę ile pracy włożyłam by osiągnąć ten poziom.
Podsumowanie dzisiejszego terenu:
Dystans: 19,67 KM
Czas: 2:41:53
Prędkość średnia: 7 km/h
Prędkość maksymalna: 21 km/h
Pogoda: temp. 35 st. C, lekki wiatr
Koninka dzisiaj szła nieco leniwie przez wieś. Nie wzruszały jej ani psy ani samochody. Stukała kopytkami w asfalt, lekko machała głową na boki, ogonem trochę bardziej. Po dojeździe do lasu chętnie ruszyła przed siebie. Pierwsze zatrzymanie było przed strumykiem, który zniknął. I to zastanowiło mojego konia. Ale poszła, dwa kroki i byłyśmy na drugim brzegu. Następnie luźny kłusik, świetnie się prowadziła na balans, wodze miałam w jednej ręce. Uwielbiam ją taką. Widać było, że wyjazd w teren sprawia jej przyjemność, że jest zrelaksowana.
Dojechałyśmy do łąk gdzie było zatrzęsienie końskich much i innego latającego badziewia. w związku z tym kobyłka chętnie pokłusowała, a wyciągała nogi jak do dorożkarskiego kłusa. Hucuł musiał za nami galopować, więc przytrzymałam Norę, żeby dać maluchowi szansę.
Postanowiłam jechać ścieżką na skróty, bo okolica porządnie obeschła i nie było obaw, że utkniemy w błocie. Ścieżkę rozjeździły quady, złamały się też nad nią dwa drzewa. Obie rzeczy skutecznie utrudniały przejazd. Musiałam zsiąść z Norki bo ledwo z siodłem mieściła się pod złamanymi konarami. Natomiast jadąc tą ścieżką zaoszczędziłyśmy dobre 20-30 minut.
Potem było z górki. lajtowo przez las, chociaż ze względu na słabą kondycję towarzyszy ograniczyłyśmy się do niewielkich galopów. Świetnie szła dzisiaj, "pod górę". Lekki przód, galop był okrągły, zrównoważony. Co jakiś czas niestety się płoszyła nie wiadomo czego. Czasem ma takie dni, niespecjalnie się tym przejmuję.
Dojechałyśmy nad jeziorko i bez problemu wjechała do wody. Postała w niej kilkanaście minut oczywiście grzebiąc kopytami. Nie chciała pić, zresztą dojechała tylko minimalnie spocona mimo sporego upału. Przez chwilę miałam wrażenie,że ma ochotę się położyć więc nieco pobrodziłyśmy. Na koniec poprosiłam ją o wspięcie. Zrobiła przyzwoite wspięcie w dość głębokiej wodzie. To było poważne zadanie, ale wykonała je bez najmniejszego buntu. Generalnie była w tym jeziorze na totalnym relaksie. Żałowałam, że nie zabrałam dziś pulsometru. Byłam bardzo ciekawa jakie miała tętno stojąc w jeziorku. Ostatnio była mocno pobudzona, a dziś miałam wrażenie, że było w okolicach 60 uderzeń, więc prawie spokój.
Powrót był nieco bardziej dynamiczny bo wiadomo, do domu, na kolację się niektórym spieszyło. Nie chciała mi też zagalopować na lewo. Zatrzymałam się na małej polance by zagalopować ją z koła. Zagalopowała po czym po kilku krokach, niby skacząc nad korzeniem, zmieniła nogę na prawą. Próbowałam jeszcze dwa razy zagalopować na lewo i znowu się udało, ale po jakimś czasie sobie znowu zmieniła na prawą. W końcu ja na łące przegalopowałam. Świetnie szła doskonale podstawiona. Stabilna na wodzy, luźna, a jednocześnie niezwykle dynamiczna. Dawno nie miałam takiego galopu. Bez problemu można to było wysiedzieć a to świadczy o tym, że pracowała grzbietem wzorowo. Bo Nornica ma problemy z grzbietem i gdy nim nie pracuje, to nie sposób wysiedzieć galop.
Powrót do stajni przez wieś był żwawy, chociaż to i tak tylko oględne określenie. Zasuwała jak dzika. Wyciągała nogi jak na konkursie ujeżdżenia.
Jestem z niej dumna, z jej spokoju i opanowania. Patrząc na inne konie, widzę ile pracy włożyłam by osiągnąć ten poziom.
Podsumowanie dzisiejszego terenu:
Dystans: 19,67 KM
Czas: 2:41:53
Prędkość średnia: 7 km/h
Prędkość maksymalna: 21 km/h
Pogoda: temp. 35 st. C, lekki wiatr
niedziela, 4 sierpnia 2013
Trening z dnia 2013-08-04 niedziela
Długo myślałam jak to zrobić, żeby napisać to bywało na treningach kiedyś, a jak obecnie. Nie ma jednak co myśleć dłużej tylko trzeba pisać.
Dziś pojechałam do koniny by się oderwać od pracy. Miałam piekielną wenę ale w pewnym momencie już taką gonitwę myśli, że zaczęłam gonić własny ogon, którego nie mam. Wyjazd do stajni okazał się świetnym pomysłem, bardzo uspokoił moje rozedrgane wnętrze.
Koninka stała już zaparkowana w boksie, dałam jej kilka marchewek. Wyprowadzając ją z boksu rzuciło mi się w oczy, to dość długa rana na udzie, około 20 cm poniżej kości biodrowej. Rana jakby zadrasnęła się o jakąś gałąź. Widać że dość świeża bo nie była zabrudzona, a krew ledwo co przyschła. Umyłam więc ranę Manusanem, a następnie popsikałam CTC. Skóra wokół była dość mocno napuchnięta, ale Nornica nie wykazywała większej reakcji bólowej. Albo jest tak twarda jak ja, albo to powierzchowne zadraśnięcie. Stwierdziłam, że zaryzykuję jazdę. Jeśli będzie jakoś wyjątkowo brykać czy wykazywać niechęć do ruchu to znaczy, że boli i wtedy odpuszczę.
Osiodłałam Zarazę, stała bez kantara z uwiązem na szyi i ziewała straszliwie. Relaks na całego. Jest strasznie pogryziona przez gzy i inne końskie muchy. Także drapanie szczotką z pewnością było dla niej przyjemne.
Poczłapałyśmy na ujeżdżalnię. Pustą! Nikogo nie było w stajni, nikogo na placu. Tak lubimy. Był ustawiony podwójny szereg na skok-wyskok i jakaś stacjonatka wysokości około 70-80 cm. Jednak zabrałam się za zwyczajną robotę w rozluźnieniu. Koninka od razu spuściła łepek, wyciągnęła szyję i zaczęła maszerować z tańczącym grzbietem. Wydłużyłam nieco strzemiona, bo nie wiem jak to się stało,że miałam strzemiona jak do konkursu klasy P co najmniej.
trochę kłusa i serpentyn, ósemek i wolt w kłusie. Była fan-tas-tycz-na! Tak ładnie się wyginała, musiałam jej tylko pilnować by głęboko wkraczała wewnętrzna noga bo miała tendencje do rozwlekania się. a gdy przypilnowałam by się nie rozciągała to z kolei próbowała zwalniać. Pokazałam jej, że to nie tędy droga i ogarnęła się momentalnie. Oczywiście musiała wyrazić swoje niezadowolenie parsknięciem.
Potem zagalopowania. To prawdziwa tragedia. Co jej się porobiło, że tak się usztywnia?! Albo to gorąco, albo podjaranie samymi galopami. Są dni, że luźno zagalopuje, a są takie jak dziś, że zagryzie się na wędzidle i trzeba pchać i pchać i pchać i półparadować, żeby raczyła odpuścić. W końcu oczywiście odpuszcza, ale co się trzeba nad tym napracować. W końcu miała kilka dobrych momentów i na prawo robiła świetne dodania bez wyciągnięcia czy wręcz uwalenia się na wodzy. Na lewo coraz lepiej się równoważy. Nie pędzi tak jak jeszcze kilka tygodni temu. Natomiast za bardzo schodzi z głową, muszę ją bardzo pilnować żeby się nie przeganaszowała bo ma ku temu tendencje. Wyciągam ją wtedy w górę delikatnie, żeby nie spowodować usztywnienia. Każde usztywnienie w galopie kończy się utratą rytmu, przejściem do kłusa.
Jak się rozgalopowała skoczyłyśmy sobie szereg na skok-wyskok z prawego najazdu bo tak akurat leżała wskazówka. potem najechałam z prawego najazdu na stacjonatę. Poszła jak burza i był świetny baskil. Świetny jak na nią. Natomiast widzę, że to wynik dobrego najazdu i mojego spokoju wewnętrznego. Gdy tylko zaczynam lekko panikować to zawsze coś się spartoli, tak jak skok z lewego najazdu gdy koninka najechała trochę po skosie, a ja nie wiem zupełnie dlaczego, straciłam pewność co do skoku. Nornica wtedy chciała wyłamać,ale była zbyt blisko przeszkody, w efekcie skoczyła blisko stojaka z potężnym wybiciem. W efekcie przewróciłam stojak. By koninie nie utrwalać złych nawyków musiałyśmy coś skoczyć i pojechałyśmy na przeszkodę z podkładów kolejowych. Poszła jak burza, baskilując jakby skalała 160 cm, bo przecież musiała sobie dokładnie te podkłady obejrzeć. Na bank wyglądają w skoku inaczej niż wtedy gdy mija je tysiąc razy tygodniowo.
Rozbujaną kobyłkę rozkłusowałam by spuściła parę, zrobiłam żucie z ręki w kłusie i pojeździłam chwilkę galop na wolcie, zacieśniając ją. Chodzi mi o to, by mocniej musiała podstawiać zad. Nie chce po dobroci to tak ją do tego zmobilizuję. wyjeżdżałam woltę o średnicy około 5-6 metrów a potem na ścianę i dodanie. Przy krótkiej ścianie znowu skrócenie i zaczynałam od koła, przez woltę około 10m, i zacieśniałam do tych 5-6 metrów. Potem chwila luzu w nagrodę i roll-backi. Coś nie miała dziś ochoty cofać, a jak cofała to jakby węża tropiła. Horror. Zwroty na prawo szły super, ale na lewo to robiła dziś jakby chciała, a nie mogła. W końcu zrobiła jeden dobry na lewo i jej odpuściłam. Za to zatrzymania z galopu - miodzio!
Na koniec ją rozsiodłałam i zrobiłam to co widać na filmie poniżej. Enjoy :)
Podsumowanie dzisiejszego treningu:
Czas: 45 min
Ocena: 4/5
Pogoda:dramatyczna duchota, ponad 30 st. C
Dziś pojechałam do koniny by się oderwać od pracy. Miałam piekielną wenę ale w pewnym momencie już taką gonitwę myśli, że zaczęłam gonić własny ogon, którego nie mam. Wyjazd do stajni okazał się świetnym pomysłem, bardzo uspokoił moje rozedrgane wnętrze.
Koninka stała już zaparkowana w boksie, dałam jej kilka marchewek. Wyprowadzając ją z boksu rzuciło mi się w oczy, to dość długa rana na udzie, około 20 cm poniżej kości biodrowej. Rana jakby zadrasnęła się o jakąś gałąź. Widać że dość świeża bo nie była zabrudzona, a krew ledwo co przyschła. Umyłam więc ranę Manusanem, a następnie popsikałam CTC. Skóra wokół była dość mocno napuchnięta, ale Nornica nie wykazywała większej reakcji bólowej. Albo jest tak twarda jak ja, albo to powierzchowne zadraśnięcie. Stwierdziłam, że zaryzykuję jazdę. Jeśli będzie jakoś wyjątkowo brykać czy wykazywać niechęć do ruchu to znaczy, że boli i wtedy odpuszczę.
Osiodłałam Zarazę, stała bez kantara z uwiązem na szyi i ziewała straszliwie. Relaks na całego. Jest strasznie pogryziona przez gzy i inne końskie muchy. Także drapanie szczotką z pewnością było dla niej przyjemne.
Poczłapałyśmy na ujeżdżalnię. Pustą! Nikogo nie było w stajni, nikogo na placu. Tak lubimy. Był ustawiony podwójny szereg na skok-wyskok i jakaś stacjonatka wysokości około 70-80 cm. Jednak zabrałam się za zwyczajną robotę w rozluźnieniu. Koninka od razu spuściła łepek, wyciągnęła szyję i zaczęła maszerować z tańczącym grzbietem. Wydłużyłam nieco strzemiona, bo nie wiem jak to się stało,że miałam strzemiona jak do konkursu klasy P co najmniej.
trochę kłusa i serpentyn, ósemek i wolt w kłusie. Była fan-tas-tycz-na! Tak ładnie się wyginała, musiałam jej tylko pilnować by głęboko wkraczała wewnętrzna noga bo miała tendencje do rozwlekania się. a gdy przypilnowałam by się nie rozciągała to z kolei próbowała zwalniać. Pokazałam jej, że to nie tędy droga i ogarnęła się momentalnie. Oczywiście musiała wyrazić swoje niezadowolenie parsknięciem.
Potem zagalopowania. To prawdziwa tragedia. Co jej się porobiło, że tak się usztywnia?! Albo to gorąco, albo podjaranie samymi galopami. Są dni, że luźno zagalopuje, a są takie jak dziś, że zagryzie się na wędzidle i trzeba pchać i pchać i pchać i półparadować, żeby raczyła odpuścić. W końcu oczywiście odpuszcza, ale co się trzeba nad tym napracować. W końcu miała kilka dobrych momentów i na prawo robiła świetne dodania bez wyciągnięcia czy wręcz uwalenia się na wodzy. Na lewo coraz lepiej się równoważy. Nie pędzi tak jak jeszcze kilka tygodni temu. Natomiast za bardzo schodzi z głową, muszę ją bardzo pilnować żeby się nie przeganaszowała bo ma ku temu tendencje. Wyciągam ją wtedy w górę delikatnie, żeby nie spowodować usztywnienia. Każde usztywnienie w galopie kończy się utratą rytmu, przejściem do kłusa.
Jak się rozgalopowała skoczyłyśmy sobie szereg na skok-wyskok z prawego najazdu bo tak akurat leżała wskazówka. potem najechałam z prawego najazdu na stacjonatę. Poszła jak burza i był świetny baskil. Świetny jak na nią. Natomiast widzę, że to wynik dobrego najazdu i mojego spokoju wewnętrznego. Gdy tylko zaczynam lekko panikować to zawsze coś się spartoli, tak jak skok z lewego najazdu gdy koninka najechała trochę po skosie, a ja nie wiem zupełnie dlaczego, straciłam pewność co do skoku. Nornica wtedy chciała wyłamać,ale była zbyt blisko przeszkody, w efekcie skoczyła blisko stojaka z potężnym wybiciem. W efekcie przewróciłam stojak. By koninie nie utrwalać złych nawyków musiałyśmy coś skoczyć i pojechałyśmy na przeszkodę z podkładów kolejowych. Poszła jak burza, baskilując jakby skalała 160 cm, bo przecież musiała sobie dokładnie te podkłady obejrzeć. Na bank wyglądają w skoku inaczej niż wtedy gdy mija je tysiąc razy tygodniowo.
Rozbujaną kobyłkę rozkłusowałam by spuściła parę, zrobiłam żucie z ręki w kłusie i pojeździłam chwilkę galop na wolcie, zacieśniając ją. Chodzi mi o to, by mocniej musiała podstawiać zad. Nie chce po dobroci to tak ją do tego zmobilizuję. wyjeżdżałam woltę o średnicy około 5-6 metrów a potem na ścianę i dodanie. Przy krótkiej ścianie znowu skrócenie i zaczynałam od koła, przez woltę około 10m, i zacieśniałam do tych 5-6 metrów. Potem chwila luzu w nagrodę i roll-backi. Coś nie miała dziś ochoty cofać, a jak cofała to jakby węża tropiła. Horror. Zwroty na prawo szły super, ale na lewo to robiła dziś jakby chciała, a nie mogła. W końcu zrobiła jeden dobry na lewo i jej odpuściłam. Za to zatrzymania z galopu - miodzio!
Na koniec ją rozsiodłałam i zrobiłam to co widać na filmie poniżej. Enjoy :)
Podsumowanie dzisiejszego treningu:
Czas: 45 min
Ocena: 4/5
Pogoda:dramatyczna duchota, ponad 30 st. C
Etykiety:
cofanie,
galop,
jazdy,
jeździectwo,
kładzenie,
kłus,
konnej,
koń,
nora,
podstawienie,
półparada,
wolta,
zatrzymanie
Subskrybuj:
Posty (Atom)















